czwartek, 31 lipca 2014

Bobas lubi wybór, czyli nie rób z dziecka idioty.

Uważasz, że Twoje dziecko jest głupie? Nie? To czemu traktujesz je, jakby było? Jakby nie umiało poradzić sobie samo z jedzeniem (albo na złość Tobie i całemu światu chciało zagłodzić się na śmierć).

Już wyjaśniam. BLW. Baby Led Weaning. Sposób rozszerzania diety polegający na pominięciu etapu zapychania dziecka papką z łyżeczki. Zaufanie mu i pozwolenie na odkrywanie smaków po swojemu. Więcej możecie poczytać w Internecie, na kompetentnych stronach. W skrócie wygląda to tak, że podajemy pokarm pokrojony na kawałki i czekamy, aż dziecko się naje. Połowa ląduje na podłodze, połowa na twarzy i ubranku, a kilka pojedynczych kawałków przypadkowo w buzi. Czyli początkowo karmienie piersią czy butelką jest obowiązkowe. Jedzenie stałego pokarmu jest bardziej zabawą w odkrywanie i poznawanie i codziennym rytuałem niż sposobem na napełnienie brzuszka.

Każdy z nas ma w głowie ośrodek sytości. To nie jest coś, co wyrasta później, czy czego się uczymy - mamy go od urodzenia. Karmiąc dziecko papką kompletnie go ignorujemy. Te całe: "jeszcze jedną łyżeczkę", "za mamusię", "za tatusia", "samolocik leci" wbija dziecku do głowy, że im zje więcej, tym jest lepsze, tym bardziej zadowoli rodziców. Nie pozwalamy mu się zdać na własny organizm.
Nie dajemy też możliwości wyboru - ma zjeść to, co jest na łyżeczce. Kiedy dostaje na talerzu czy w miseczce kawałki różnych pokarmów, może sobie wybrać, co mu smakuje, a czego nie chce. Poznajemy jego gust (chociaż rodzice mają tendencję do traktowania niemowlaków jak osoby bezwolne i gustu pozbawione - kochani, dziecko też człowiek, pozwólcie mu na własne preferencje).

Kolejny plus, to poznawanie faktury jedzenia. Zamiast podawania wszystkiego jako papki, pokazujemy, że poszczególne rzeczy różnią się od siebie nie tylko smakiem. To jest chrupiące, to miękkie, to się ciągnie. To lubię, to mi nie pasuje, więc nie będę tego jadł.
Wyobraź sobie, że w końcu posiłek przestaje być walką o każdy kolejny kęs. Za to siadacie sobie oboje, każde przed swoją porcją i cieszycie wspólnym posiłkiem. Tak, Ty też możesz w czasie, kiedy bobas zajmie się swoim talerzem, zjeść spokojnie ciepły i pełnowartościowy obiad. Koniec jedzenia w biegu, dojadania po dziecku. Robisz zdrowy obiad dla obojga i razem go jecie. Brzmi jak marzenie? A to takie proste.

Olek nie ma jeszcze wprowadzonych stałych pokarmów jako takich, ale daję mu czasami w łapkę banana, gotowanego ziemniaka, marchewkę, arbuza, biszkopta. I sobie cmokta, odgryza dziąsłami kawałek po kawałeczku i połyka. Czy się zakrztusił? Ha, nie raz! I wiecie, co się stało? Kompletnie nic. Odkaszlnął, wypluł za duży kawałek i jadł dalej. Jak chcecie nauczyć dziecko aktywnego odkrztuszania, jeśli nie pozwolicie mu się zakrztusić?

Zaufaj swojemu dziecku i nie rób z niego niezaradnego idioty. Ono wie, co lubi. Wie, kiedy jest głodne. Daj mu możliwość wyboru. Uwierz, że wcale nie potrzebuje karmienia łyżeczką i wciskania całego słoiczka czy zupki jak osoba po lobotomii. Traktuj je po ludzku i pozwól na decydowanie o tym, co i ile chce zjeść.

Jak przeczytałam na jednej ze stron poświęconych BLW - do roku jedzenie jest tylko zabawą.


poniedziałek, 28 lipca 2014

Z perspektywy babci.

Zaczynam pisać. Jako babcia. Boże, już nie pamiętam, kiedy ostatni raz coś pisałam, a teraz taki mały człowieczek mnie do tego zmusił. 
Olek. Moja maleńka wielka miłość. Mój wnuczek. Kiedyś ktoś mi powiedział, że wnuki kocha się bardziej niż dzieci. Ja mam inne zdanie: kocha się inaczej.
Pamiętam dzień, kiedy córka powiedziała mi, że jest w ciąży. Mąż wtedy był na wyjeździe, a ona zadzwoniła, że przyjdą z Grzesiem na kolację. 
Przyszli. Od razu córa zapytała, czy mi drinka z rumu zrobić. Już coś przeczuwałam. Ten rum jakoś mocniej kopał. I nagle patrzą na mnie oboje, te oczy córki doskonale znam.
- No, a wy planujecie dzieci? - zaśmiałam się. Myślałam, że to zabawne.
- No właśnie mamy dla Ciebie niespodziankę. 
O boże. Szok. Grzesiek pokazał mi zdjęcie USG. 
- Chłopiec będzie, Aleksander Adam.
Zwariowałam. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Przecież to niemożliwe. Moja mała córeczka, która nie umie umyć szklanki będzie miała dziecko. Nie mogłam w to uwierzyć. Starałam się dodzwonić do męża. Kiedy w końcu mi się udało i przekazałam mu wiadomość, usłyszałam tylko jak krzyczy:
- BĘDĘ DZIADKIEM!
Zwariowałam.

Potem ciąża córki. Strach, czy się dobrze odżywia. Duma, że ma przy sobie odpowiedzialnego mężczyznę.

Pamiętam dzień, jak zobaczyłam Olka, moją miłość. 
Nie sądziłam, że można tak pokochać maleństwo. Jak on ślicznie się uśmiecha, ile radości sprawia mi usypianie go przy naszej kołysance. Tej samej, którą śpiewałam moim dzieciom.

Wiem, że kiedy ludzie pytają, co u wnusia, robią to z grzeczności. A wtedy ja zaczynam monolog o jego cudowności. Widzę, że są znudzeni, ale twardo słuchają dalej. 

Czy jestem zazdrosna? Chyba bardziej zdziwiona, że moja córka okazała się tak wspaniałą mamą. 


niedziela, 27 lipca 2014

Niedzielnik.

Taki nowy stały element na blogu. Niedziela jest dniem rodziny i dobrym momentem na podsumowanie całego tygodnia i podzielenie się zdjęciami. Codziennie zdarza się wiele śmiesznych sytuacji, a nie warto na nie poświęcać całego posta. Tutaj będzie zbiorowisko i misz masz wszystkiego. Gotowi? Zaczynamy.

***
Grzesiek jest bardzo wygadany przez sen (Olek zresztą też zaczyna coś opowiadać, chociaż najczęściej śni mu się jedzenie).

Obudził mnie śmiech Grześka. 
- Heee.. He he... He he he....
- Z czego się śmiejesz?
- He... Dziurki ci się pomyliły.
- Jakie znowu dziurki?
- Do sikania.

Innym razem drzemał sobie koło mnie i nagle wykrzyknął:
- TAK!
- Co tak?
- Tak, to super pomysł. Niech płacą za oglądanie go. Tak.
- Kto i kogo?
- Ludzie.

Chociaż mój ulubiony tekst jest jeszcze z czasów ciąży. Grzesiek spał z brzegu, a ja się obudziłam w nocy z suchym gardłem. Picie stało obok jego głowy, więc postanowiłam się po nie wychylić. Musnęłam go przy tym łokciem w czoło:
- Ciążeeeeeeł! Idź być w połogu gdzie indziej.



***
Sytuacja opisana już na fan page'u. Olek nauczył się odpinać inteligentne pasy w swoich pieluchach. Postanowił pochwalić się nową umiejętnością akurat wtedy, kiedy nachylałam się, żeby dać mu buziaka. Oblał mnie strumieniem ciepłego moczu uroczo się przy tym uśmiechając. Ubaw po pachy.



***
Z innej beczki - to niesamowite, jak dziecko z dnia na dzień uczy się nowych rzeczy. Dziś na przykład nauczył się przytulać. Leżał sobie z tatą na łóżku i nagle obrócił się na bok, objął głowę taty rękami i zaczął rozkosznie gruchać. Robi to za każdym razem, kiedy mu się powie: "Olek, robimy przytulaski!"

Codziennie też w jego słowniku pojawiają się nowe słowa. No, albo raczej dźwięki. Poza standardowym "ga ge gu ghrrrrr eee aaa" teraz jest jeszcze "o jaaa.. jea.. oi oi oi". 



***
Tila pokazała pierwszy raz swój matczyny instynkt w stosunku do Olka. Bawiła się u nas na ogródku z psem sąsiadów. Nagle piesek postanowił, że chce podejść i obejrzeć bobasa. Tila wskoczyła między nich i pokazała zęby. O tyle to nietypowe, że nigdy zębów nie wystawia i nie warczy. Synek zyskał prywatnego ochroniarza. 



***
Postanowiłam zacząć ćwiczyć. Wybrałam sobie Skalpel Chodakowskiej, bo wyglądał tak łatwo i przyjemnie, a efekty super. Po ośmiu minutach musiałam przerwać, bo myślałam, że się porzygam. Drugim razem nie poszło lepiej, bo ze względu na płaczącego Olka (dziękowałam mu za to, bo już byłam na granicy) poćwiczyłam sześć minut. No nic, będę próbować dalej. 



***
O ile innych blogów parentingowych staram się nie czytać, co by uniknąć jakiegokolwiek porównywania się czy wzorowania, o tyle odkryłam coś rewelacyjnego (aż mi źle, że tak późno), Niemodne Polki

piątek, 25 lipca 2014

Potrzebuję mapy, czyli o kupowaniu krzesełka.

Poszliśmy dziś na zakupy. Młody uważa, że mleko pedał i coraz częściej wymusza normalne posiłki, więc trzeba było w końcu kupić krzesełko. Napaliłam się niesamowicie, żeby dobrać takie do zajączkowego kompletu (jak łóżeczko i komoda). Zapakowaliśmy więc młodego do auta i pojechaliśmy do Bobolandu. 

Zgłupiałam od wejścia. Wszędzie było pełno wszystkiego. Jak w sex shopie. Chodzisz pomiędzy alejkami i nie możesz się nadziwić, że tyle przedmiotów do tego wymyślili, a przeznaczenia połowy z nich możesz się tylko domyślać (albo i nie). 
Przydałby się przewodnik. Szanowni Państwo! Na prawo zaraz przy wejściu mogą państwo podziwiać ścianę smoczków standardowych. Za chwilę przejdziemy do alejki ze smoczkami, które symulują mleko wypływające z piersi. Potem udamy się do części południowo-zachodniej, gdzie znajdują się śliniaczki materiałowe. Po drodze miniemy łóżeczka turystyczne.

Posadziliśmy Olka w specjalnym siedzisku na wózku i ruszyliśmy na przygodę. Pierwsze piętnaście minut gapiłam się na ścianę z butelkami (chciałam właśnie smoczek cyckopodobny, bo ze zwykłego picia stanowczo odmawia). Gapiłam się na to smoczki i butelki i gapiłam i w końcu do koszyka wrzuciłam szczotkę do włosków (bo tyle udało mi się znaleźć). W końcu jakaś pani zlitowała się i zapytała, czy w czymś może pomóc. Dzięki bogu, domyślam się, że naprawdę wyglądałam na osobę potrzebującą pomocy. Wyjaśniłam, o co mi chodzi i poszłam za nią dwie alejki dalej, gdzie faktycznie takie smoczki i butelki były. 

Miła pani zaprowadziła nas też do tego wymarzonego krzesełka. I tu wielkie rozczarowanie - krzesełko nie miało w sobie nic. Ani pasów, ani żadnych bajerów. No nic kompletnie. Siedzisko i blat. A wokół tyle innych wspaniałych. Stwierdziłam, że jednak warto przekroczyć budżet trzystu złotych i odpuścić jednak motyw zajączka. Zaczęliśmy się rozglądać.

Wyobraźcie sobie tę scenę tak: stoimy w sklepie, kręcimy się między krzesełkami, szukając tego idealnego i nagle oto ono. Oświetlone snopem światłą padającym na nie prosto z sufitu. Wokół latają wróżki i biegają jednorożce. Powiedziałabym, że w tle tęcza, ale teraz budzi za duże skojarzenia. Krzesełko idealne. Miało w sobie wszystko. Bujaczek, leżaczek, tackę, paski, wiszące zabawki. No kompletnie wszystko, co tylko może mieć krzesełko. Dziwne aż, że tostów nie robi. I kawy. Zakochaliśmy się w nim od pierwszego wejrzenia. Tylko cena... Prawie siedemset złotych. To przekraczało budżet o więcej niż dużo. Zdecydowanie więcej. Obejrzeliśmy inne, ale wszystkie jakoś na jego tle wypadały już słabo. Znacie to uczucie, kiedy coś wam się spodoba w sklepie, trafi w was idealnie, ale postanawiacie na wszelki wypadek poszukać dalej. Już nic innego nie będzie tak fajne. I i tak kupicie te pierwszą rzecz, choćby i była najdroższa z możliwych. No i co? No i kupiliśmy je. Stwierdziliśmy, że to wydatek na co najmniej dwa lata (potem robi się z tego zwykłe krzesełko do siedzenia przy stole dla dzidziusia). Warto wydać więcej, ale kupić coś z czego będziemy zadowoleni. I jesteśmy. Montaż był banalnie prosty, wszystko działa jak powinno. A Olek zachwycony.





Co prawda na początku, jeszcze w aucie, trochę się chyba na nas boczył, bo razem z dziadkiem oglądali małego mercedesa na akumulator (którego rzecz jasna nie kupiliśmy). Dziadek tak się nakręcił na tego merola, że pewnie kupi mu go zanim mały zacznie dobrze siedzieć.

A gdyby ktokolwiek miał wątpliwości, pod jak ogromnym wrażeniem krzesełka był Olek, macie zbliżenie: 




środa, 23 lipca 2014

A czy Ty znajdziesz w sobie Hitlera?

Zabranianie to to, co mamuśki lubią najbardziej. Nie wolno jeść słodyczy, nie wolno oglądać telewizji, nie wolno wchodzić na drzewo, nie wolno grać na komputerze, nie wolno... No, w sumie to wszystkiego, co przyjemne. 
Na drugim miejscu, po zabranianiu, jest nakazywanie. Zjedz wszystkie warzywa. Siedź spokojnie. Wyprostuj się. Odejdź od komputera. Wyłącz to. Posprzątaj. 
Pamiętajcie, że dyktatura do niczego dobrego nie doprowadziła.

Kiedyś gdzieś oglądałam ciekawy eksperyment. Dwie grupy dzieci - jedną, która miała w domu swobodny dostęp do słodyczy i drugą, której rodzice ściśle słodycze wydzielali (albo zabraniali w ogóle) - posadzono przy stoliku zapełnionym kredkami, zabawkami, plasteliną i kilkoma miskami z żelkami, chipsami, czekoladą i innymi pysznościami. Po kolei każde dziecko zostawiano w sali samo na pół godziny. Domyślacie się efektu? Dzieci, które mają w domu zapas słodyczy i możliwość jedzenia ich, kiedy tylko przyjdzie im ochota, zajęły się zabawkami. Czasami wzięły do buzi chipsa czy żelka, ale głównie rysowały, bawiły się i starały jakoś zabić czas. A druga grupa? Dzieciaki rzuciły się od razu na miski kompletnie ignorując inne rzeczy i wpychając sobie jedzenie do buzi garściami. 

Podobnie z telewizją. Wydzielamy dzieciom czas oglądania albo najlepiej zabraniamy całkiem (i to nie w ramach kary). Co zyskujemy? Dziecko, które jak tylko przyjdzie do kolegi czy dziadków będzie siedziało z nosem wbitym w ekran, żeby skorzystać ile może, zanim wróci do domu. Bo tam nie ma. 

Oboje z bratem mieliśmy i do słodyczy, i do telewizji swobodny dostęp. Nie byliśmy grubi (w zasadzie, to byliśmy tak chudymi dziećmi, że lekarze martwili się, czy nie jesteśmy głodzeni), nie spędzaliśmy całych dni przed telewizorem. Jedliśmy słodkie, kiedy akurat poczuliśmy, że mamy na to ochotę, oglądaliśmy telewizję kiedy leciała bajka, którą bardzo lubimy. Nigdy na zapas. Za to niesamowicie nas denerwowało, że koledzy i koleżanki, którzy do nas przychodzili, zamiast wymyślaniem nowych zabaw (a co do tego, to nigdy wyobraźni nam nie zabrakło - łóżko zmieniało się w wehikuł czasu, krzaki na podwórku były tajny klubem wojskowym, a zabawki przeżywały różne przygodny, bardzo fabularne i podzielone na kolejne części), zajmowali się pochłanianiem zawartości naszego słodyczowego barku, gapieniem w ekran czy grą na konsoli/komputerze. Bo w domu nie wolno, albo nie mają. 

Współczesne następczynie Hitlera zamiast Żydów zawzięcie eksterminują wszystkie możliwe zarazki i zagrożenia. Poważnie, fundują im lepszy holokaust niż wujcio Adolf. Chowają dzieci w szpitalnie sanitarnych pomieszczeniach. Nie pozwalają się pobrudzić, zakrztusić, poobdzierać kolan. Nie wolno na spacerze dotknąć kociaków, które urodziły się dwie piwnice dalej, bo jeszcze podrapią. Nie wolno biegać, bo się biedactwo wywróci. Nie wolno wspinać się na drzewo, bo spadnie. Wszystko ma być idealnie sterylne, ciuszki zmienione przy pojawieniu się najmniejszej plamki, wyprane w specjalnym proszku, wyprasowane. Mieszkanie odkurzane rano i wieczorem, zdezynfekowane. 
Kiedy te dzieci mają wyrobić sobie odporność? Nauczyć się, że kiedy biegniesz z rękami w kieszeniach, z zamkniętymi oczami i do tego wesoło pogwizdując, to prawdopodobnie wywalisz się i zaryjesz twarzą o chodnik (tak, przykład z mojego dzieciństwa). Brudne dziecko, to szczęśliwe dziecko. Dziecko, które ma kontakt od zawsze ze zwierzętami, nie będzie miało prawdopodobnie potem alergii. Ile znacie dzieci wychowanych na wsi, biegających po podwórku na bosaka i łowiących rękami raki z rzeki, które mają uczulenie na sierść, pyłki czy co chwila łapią przeziębienie? No właśnie. 

Wszyscy chcecie dobrze. Ale pamiętajcie, że Hitler (przynajmniej we własnym mniemaniu) też chciał dobrze. I cała reszta dyktatorów. Oni święcie wierzyli, że robią najlepiej jak się dla. Dla siebie, dla swoich ludzi i dla świata. Tylko, że to tak nie działa. Nikt nie karze wam słodzić wody i jogurtu naturalnego, sadzać dziecko na cały dzień przed telewizorem, albo nie myć go trzy dni. Ale miejsce zawsze w domu jakieś łakocie, nie ograniczajcie dzieciom dostępu do elektroniki i nie panikujcie i nie przebierajcie od razu, kiedy wpadnie w błoto. Zamiast tego dajcie mu się w nim jeszcze trochę potaplać, a najlepiej sami dołączcie do zabawy.

Na zakończenie macie moje trzymiesięczne dziecko, które właśnie ma zamiar się pobrudzić, wpierdzielając banana. Ba, powiem więcej - to jest w trakcie proponowania, dlatego babcia go trzyma - normalnie, jeśli zdecyduje, że ma ochotę, dajemy mu, żeby sam sobie trzymał w łapkach i jadł po swojemu (raz nawet trafił w oko).


wtorek, 22 lipca 2014

Dziadkowie są ważni.

W sumie nie korzystamy za bardzo z pomocy moich rodziców. Chociaż nie mieszkają daleko i cieszą się z każdej chwili spędzonej z Olkiem, to wpadamy do nich tylko raz na jakiś czas. Kiedy, tak jak dziś, jest zbyt gorąco, żeby spędzić dzień na spacerze, a nie chce nam się już siedzieć w domu. Głównie dlatego, że lubię sobie posiedzieć z nim sama w domu, pobawić się w nasze specjalne tajemne zabawy, poczytać książkę czy pooglądać Doktora House'a. Czasami aż mi głupio, bo widzę, ile radości daje im spędzenie z nim dnia. Kiedy tylko wsiadamy do samochodu jest tak, jakbym nie miała dziecka - pieluchy same się zmieniają, Olek wesoło wcina sobie marchewkę, biszkopta czy banana, a dziadkowie kłócą się, czyja kolej go ponosić i prześcigają w wymyślaniu nowych zabaw, piosenek i rymowanek. Ja w tym czasie ląduję z książką na godzinę w wannie i funduję sobie długą i pachnącą kąpiel. Taką z pianką. I w ogóle. 
I słyszę to, co najbardziej lubię - jaki Olek jest piękny, jaki grzeczny, roześmiany i że takie bezproblemowe dziecko to skarb. A co najważniejsze, ściśle przestrzegają moich sposobów wychowywania Olka (nie dajemy papek, jak chce coś jeść to łapie to w rączkę i sam wcina, nie szepczemy przy nim, nie wyłączamy telewizora, nie chodzimy na paluszkach, noszenie na rękach to zabawa, nie usypianie i cała reszta innych rzeczy). Czyli: nie ma to jak dziadkowie.











poniedziałek, 21 lipca 2014

Im nas więcej, tym weselej, czyli o dzieciach i zwierzętach.

Mamy królika. Kiedy oznajmiliśmy światu, że będziemy mieć też dzidziusia, połowa znajomych i krewnych uznała za oczywiste, że powinniśmy się go pozbyć. Bo jak to zwierze i dziecko? Brudno przecież, alergii dostanie, sierść lata w powietrzu, kiedy ją zmienia. Biega przez większość czasu luzem, więc jeszcze do tego trzeba dodać bobki pojawiające się to tu, to tam. Noworodek nie powinien przebywać w takich warunkach. Kazałam im wszystkim spierdzielać. 

Jestem z rodziny, w której zwierzęta były od zawsze. Mieliśmy psy, chomiki, żółwie, króliki, kanarki, rybki, szczury, świnki morskie. Wszystko, co się da (poza kotami, jakoś to nie zwierzęta dla mnie). Jak byłam malutka i mieszkaliśmy jeszcze w jednym, ogromnym mieszkaniu z dziadkami, pamiętam, że wiele razy mój dziadek przynosił chore albo przemoknięte gołębie, które znalazł na ulicy czy trawniki, żeby nie stała im się żadna krzywda. Kilka dni zdrowiały u nas i kiedy już doszły do siebie - wypuszczaliśmy je na zewnątrz. Kiedy w piwnicy zalęgł się nam szczur (domowy, musiał komuś uciec, był biały w czarne łatki), dziadek zawołał mnie, żebym mogła go obejrzeć, nakarmić i pogłaskać. Kiedy wychodziliśmy na spacery do lasu, a na środku ścieżki znajdowałam żuka, przenosiłam go na pobocze, żeby nie stała mu się przypadkiem krzywda. Kiedy widziałam psa, zaraz pytałam właścicieli, czy mogę pogłaskać. Boże, przecież ja nawet ślimaki przynosiłam do domu, żeby im zrobić mieszkanie w kartonie i nakarmić!

Nigdy nie byłam poważnie chora (a przynajmniej na nic, na co miałyby wpływ zwierzęta). Nie mam żadnych alergii. I postawiłam sprawę jasno - Hultaj (w sensie, że królik) zostaje. A jak się komuś nie podoba, to może mnie cmoknąć. Zwierzę u nas automatyczne staje się członkiem rodziny. Idąc na zakupy, pamiętamy, żeby kupić jemu też jakiś smakołyk. Obchodzimy jego urodziny. Pod choinką jest prezent z jego imieniem. Tak było zawsze i wszystkie moje zwierzęta tak były traktowane. Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie, żeby Olek dorastał w domu bez zwierząt.Chcę żeby od małego miał z nimi kontakt i kochał tak samo, jak my. 

To straszne, że komukolwiek może przyjść do głowy pozbyć się zwierzaka. Bo dziecko, bo wakacje, bo zaczął przeszkadzać, bo jest niegrzeczny. Hultaj przegryzł nam kilka kabli, zasikał dywan i uparcie robi bobki obok przewijaka. No i trudno. Kabel można dokupić, siki zetrzeć, bobki odkurzyć. Za to mamy kochanego przyjaciela, który pod koniec ciąży wskakiwał do mnie na łóżko i przytulał się do brzucha.



Jest też Tila. A dokładnie Frutilla Nido De Condores. Dog argentyński. Już jako szczeniaczek była wielkości małego państwa. Teraz ma niedużo ponad rok i ludzie na jej widok przechodzą na drugą stronę ulicy. 
Tila jest psem moich rodziców.Zależało mi, żeby Olek od małego miał też kontakt z psami. Jako, że nie mamy jeszcze własnego (planujemy sobie sprawić, zanim Olek skończy rok - wymarzyłam sobie mastifa tybetańskiego), Tila została idealną kandydatką. Kocha dzieci, jest w stosunku do nich delikatna i opiekuńcza. Fakt, przyzwyczajamy ich do siebie powoli, bo jest duża i jeszcze nie do końca świadoma swojej siły - kiedy poliże go po policzku, głowa odskakuje mu do tyłu. Ale pilnuje go. Podnosi się i podchodzi sprawdzić, co z nim, kiedy tylko mały zapłacze. 



Nasze zwierzęta są tak samo ważne jak my i jak dziecko. Stosunek ludzi do zwierząt bardzo dużo mi ułatwia. Jeśli ktoś ich nie lubi, najprawdopodobniej nie warto tracić czasu na znajomość z nim. Jeśli uważasz, że skoro chcesz mieć dziecko, powinieneś pozbyć się swojego pupila - najprawdopodobniej nie nadajesz się, żeby posiadać żadnego z nich.

sobota, 19 lipca 2014

Nie lubię dzieci.

Oczywiście, Olka kocham. Jest też kilka dzieciaków, które lubię. Ale nie wiem czemu przyjęło się, że kiedy komuś rodzi się dziecko, to nagle zaczyna kochać wszystkie dzieci świata. To tak nie działa.
Nigdy nie przepadałam za dziećmi. Nie rozpływałam się nad tym, jakie są słodkie, urocze, nie zatrzymywałam się na spacerach, żeby im się przyjrzeć (teraz zresztą też robię to tylko po to, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że Olek jest najładniejszy). Nie piszczałam na widok niemowlaka. 
Absolutnie nic się w tej kwestii nie zmieniło.
Dalej dzieci w większości przypadków mnie denerwują. Zwłaszcza te marudzące, wymuszające i krzyczące. W autobusach, sklepach. Te co robią histerię, bo nie mogą dostać zabawki. Te, które wymagają uwagi i zadają milion pytań. 
Dalej brzydzą mnie obsrane, obsikane, obrzygane i obślinione niemowlaki. Olek nie, jego śliną mogę być pokryta od góry do dołu i niezbyt mnie to rusza, ale u innych dzieci dalej uważam to za obleśne. 
Wbrew pozorom wcale nie jest tak, że świat dzieli się na niedzieciatych, którzy dzieci nie lubią i dzieciatych, którzy wszystkie dzieci by wyściskali, wycałowali i schrupali. Świat dzieli się na większość, którą drażnią inne dzieci niż ich własne i małą garstkę osób kochających każde spotkane dziecko (najczęściej są to ludzie, których najchętniej wykastrowalibyście i zamknęli w więzieniu). W zasadzie, odkąd mamy Olka, inne dzieci przeszkadzają mi jeszcze bardziej niż wcześniej. Bo nawet dzieci nie lubią dzieci. Widzę po nim, jak bardzo mu przeszkadza, kiedy w okolicy pojawia się inny maluch. 

Wydaje mi się, że rodzice sami przed sobą nie chcą przyznać, że czyjeś dziecko ich denerwuje. Bo wtedy musieliby dopuścić do siebie możliwość, że inni mogą tak reagować na ich ukochane i rozkoszne maleństwo. Fakt, też nie wyobrażam sobie, że o Olku ktoś mógłby pomyśleć inaczej niż "najpiękniejsze i najbardziej urocze dziecko świata". Taka to już chyba przypadłość, kiedy jest się rodzicem (z tym, że nasze dziecko faktycznie jest najpiękniejsze i najbardziej urocze). Słodzimy sobie nawzajem, jakie to nasze pociechy cudowne i utalentowane tylko po to, żeby usłyszeć to samo od innych rodziców.
Weźmy przykład z życia codziennego - prawie każdy z nas ma facebooka. Jeśli skończyliście piętnaście lat (a skoro tu jesteście i to czytacie to pewnie tak), to prawdopodobnie codziennie widzicie znajomych wrzucających kolejne zdjęcia swoich pociech (też wrzucam, a co). Teraz zresztą ogólnie jakiś sezon na ciąże i rodzenie jest, więc co chwilę pojawia się nowe zdjęcie ze szpitala. Nie ukrywajmy - noworodki nie są ładne. Poza Olkiem widziałam zdjęcie tylko jednego czy dwóch dzieciaków, które zaraz po urodzeniu nie wyglądały jak małe paskudztwa. Pomarszczone to, czerwone, z zapuchniętymi żabimi oczami. I lawina komentarzy: "boże jakie piękne!!!" "cudo najśliczniejsze!" "ojej jakie śliczne <3" i koło setki innych tego typu. A teraz wyobraźcie sobie, że ktoś skrytykowałby maleństwo. Napisał "o rany, przypomina kierowcę ufo" "ale brzydki, ale może z czasem wyładnieje". Najwięksi twardziele i kozacy nie mają jaj żeby napisać coś takiego. Też w życiu bym się nie odważyła, nie jestem samobójczynią. Dlatego ograniczam się do wołania czasami Grześka, żeby mu pokazać: "patrz, jakie brzydkie dziecko". Też zrobiliśmy zdjęcie w szpitalu (a właściwie Grzesiek zrobił, jakoś w piątej minucie życia Olka), ale nigdy nie było i nie będzie nigdzie opublikowane (w przeciwieństwie do zdjęć robionych następnego dnia rano, kiedy go już dostałam na zawsze). Wydaje mi się, że to jakieś takie za bardzo intymne, tylko nasze. Mniejsza z tym, że zostało wysłane od razu do całej rodziny, przyjaciół, znajomych, znajomych znajomych i, jak przypuszczam, w drodze do domu ze szpitala Grzesiek pokazał je każdemu, kogo spotkał po drodze. 

Spójrzmy prawdzie w oczy i przyznajmy to w końcu: w zdecydowanej większości przypadków noworodki są brzydkie, a starsze dzieci brzydkie i wkurzające. Nieważne czy masz jedynaka, drużynę piłkarską czy podwiązane jajowody - poród to nie dotknięcie magicznej różdżki, które nagle Cię odmieni i wszystkie dzieci staną się dla Ciebie cudowne. Dalej będziesz ich nie cierpieć, tolerować kilkoro, lubić wybitne jednostki, a kochać tylko swoje.

na zdjęciu Flora, przyszła żona Olka. To akurat jedno z tych dzieci, które się lubi.

piątek, 18 lipca 2014

Strzał w dziesiątkę, czyli ząbki nam nie straszne!

Jakiś czas temu pisałam o tym, że Olkowi prawdopodobnie zaczynają wyrastać ząbki, co zresztą potwierdziła pani doktor. Nie chciałam stosować maści. Bo on jeszcze taki malutki.
Mądra Ciocia Julia poleciła nam takie magiczne coś, jak korzeń irysa. Poczytałam. Super sprawa. Naturalne, zdrowe, a działanie wszyscy zgodnie zachwalają. Ma tylko jeden minus - jest nie do dostania. Nie ma go żadna apteka, na allegro oferty są tylko archiwalne, a jedyny sklep, w którym był dostępny, miał akurat przerwę wakacyjną. Trudno, zamówiliśmy i czekaliśmy, bo uparłam się, że gryzak musimy mieć. 

W międzyczasie próbowaliśmy innych. Jakiś śmieszny w kształcie smoczka, który nawet nie mieścił mu się do buzi i taką niby szczoteczkę na palec. Szczoteczkę całkiem polubił, chociaż po minucie mu się nudziła, a śliny po zabawie było tyle, że musiałam wyciskać mu koszulkę. 


W końcu przyszedł nasz wymarzony gryzak. W sumie przypomina trochę kawałek mydła na sznurku albo zabawkę afrykańskich dzieci. Jest twardy, chociaż w miarę ślinienia coraz bardziej mięknie. Fajnie pachnie. Nie umiem porównać do niczego tego zapachu, chociaż jest całkiem znajomy. I przyjemny.
Całkiem dziwnie też smakuje (musiałam sprawdzić ;) ). Olkowi przypasowało. Na początku krzywi się, jak przy jedzeniu cytryny, ale potem uśmiecha się i gada żując go. A co najważniejsze - pomaga. Widać, że mu lepiej, jak troszkę sobie go podziamga w buzi. 


Czy warto? A no warto. Dziecko ma sporo frajdy, działa tak samo albo i lepiej niż maści (a w przeciwieństwie do nich to jednorazowy wydatek). Zresztą, nie jest drogi. U nas minusem jest to, że Olek jeszcze nie poradzi sobie sam i trzeba mu go trzymać, ale to też tylko kwestia czasu. Polecam, bardzo słusznie wydane pieniądze.

Do kupienia tutaj:



czwartek, 17 lipca 2014

Atrakcja dnia czy tortura? Parę słów o kąpieli.

Włos mi się jeży na głowie, kiedy czytam o przeżyciach biednych rodziców podczas kąpieli niemowlaka. Płacze, krzyki i histerie. A tak naprawdę, to może być najfajniejszy moment całego dnia. Nie tylko dla dziecka, ale i dla rodziców. Dużo radości daje obserwowanie pluskającego się bobasa, który aż piszczy z radości. Chcecie parę naszych trików, jak to osiągnąć?


Odprężcie się.

Świeżo upieczeni rodzice boją się kąpieli. Prawie tak samo jak obcinania paznokci. Pamiętajcie o jednym - dziecko wyczuwa wasz nastrój i jeśli wy się denerwujecie, to ono też. Podejdźcie do tego na luzie. Po pierwsze, temperatura wody jest umowna. W wanience jest tak płytko, że i tak szybko się zmienia. Nie wydawajcie niepotrzebnie kasy na termometr. Kiedyś ich nie było i jakoś dzieci nie umierały z zaziębienia czy od poparzeń pokapielowych. Ma być ciepła, ale nie za gorąca. Ja, po babcinemu, sprawdzałam temperaturę łokciem. Jak nie parzy to jest git i wsadzamy małego.


Przygotowania.

Rozłóżcie ręcznik na łóżku (czy gdzie tam ubieracie dziecko), połóżcie obok czyste ubranko i pieluszkę. Niech wszystko będzie przygotowane, żebyście potem nie biegali i nie robili chaosu wokół dziecka. 
I teraz nasz magiczny trik: połóżcie na przewijaku pieluszkę tetrową. Rozebranego dzidziusia kładziemy na pieluchę, w łapki wsadzamy mu jej rogi (tak żeby je ściskał) i razem z pieluszką wsadzamy do wanny. 


Jesteśmy w wannie.

I musimy pamiętać, że dobrze się bawimy. Uśmiechamy się do dziecka, chlapiemy wodą, Śpiewamy, żartujemy, robimy wszystko, żeby ten moment umilić. U nas Olek przestał płakać już przy pierwszym włożeniu z pieluszką. Kąpaliśmy go tak trzy czy cztery tygodnie i w końcu mogliśmy sobie odpuścić też pieluszkę. Teraz kąpiel jest zdecydowanie najmilszym momentem w ciągu dnia i zaczyna się śmiać już przy ściąganiu koszulki.


I po wszystkim.

Wyciągamy dziecko. Z tym akurat u nas jest problem, bo Olek polubił kąpiel do tego stopnia, że potrafi zapłakać wyciągany z wody. Ale wtedy szybko wystarczy zawinąć go jak rolo kebaba w ręcznik i kontynuować zabawę. Wycieranie może być równie śmieszne, co chlupanie w wodzie. Ubieramy bobasa i cieszymy się, że kąpiel minęła bez nerwów.


Banalnie proste, a ułatwia życie i czyni dzień przyjemniejszym. Powodzenia w wychowywaniu dzieci na małych pływaków. My z tej miłości do wody szykujemy się do pójścia na basen dla noworodków ;)

wtorek, 15 lipca 2014

Trzy miesiące już za nami,

Dziś o 17:45 minęły trzy miesiące, jak Olek jest po drugiej stronie brzucha. Trzy miesiące. Kwartał. Nie umiem nawet powiedzieć, czy to długo. Z jednej strony nie wiem, kiedy to zleciało. Z drugiej, wydaje mi się, jakby był z nami od zawsze i nie pamiętam już, jak było wcześniej. 

Co chwilę uczy się czegoś nowego, nawet nie zauważamy kiedy. Nagle zaczął trzymać sam główkę, siedzieć. Przekładać grzechotkę, która do tej pory średnio go interesowała, z rączki do rączki. Zaczął śmiać się na głos, gadać po swojemu. Zjadł banana, marchewkę, polizał czekoladę, ogórka (ten ostatni był akurat niewypałem - tak mi nie zasmakował, że aż wykrzywił usta w podkówkę i się popłakał). Dziś siedzieliśmy sobie na łóżku i dawałam mu do ręki kawałki jabłka. Ściskał je dziąsłami, wysysał sok i nie przestawał się śmiać, tak mu się zabawa jedzeniem podobała. 

Z 4560g zrobiło się nagle siedem kilo. Zmężniał na buźce. Znaczy, dalej jest pyza. Ale mniej niż był. I z dnia na dzień robi się bardziej podobny do Grześka niż do mnie. 

Udało nam się przeżyć te trzy miesiące bez depresji poporodowej, baby bluesa, bez kolki i karmienia butelką. Mi osobiście udało się schudnąć jakieś siedemnaście kilo (nie ma się co cieszyć, bo jeszcze przynajmniej osiem zostało) i wcisnąć się w większość przed ciążowych ubrań (nie mieszczę się za to w staniki i bluzki - i pomyśleć, że kiedyś narzekałam na za duże cycki... Teraz z 75F podskoczyły do 70J). Porzuciłam poprzedniego bloga, dzieło czterech lat, za to odnalazłam się idealnie na tym. 

Czas leci tak szybko, że pora zabrać się za szykowanie prezentu na roczek - chcemy napisać dla niego książkę. To znaczy, ja napiszę, Grzesiek zilustruje. O przygodach małego chłopca, Aleksandra. 

Szczerze mówiąc, myślałam, że będzie trudniej. Straszyli, opowiadali straszne historie o braku czasu, byciu wiecznie niewyspanym kłębkiem nerwów. Mówili, że gazety pokazujące uśmiechnięte mamy przedstawiają wyidealizowany obraz macierzyństwa. Widać mamy szczęście. Bo te pierwsze "straszne" miesiące okazały się kompletnie bezstresowym, najszczęśliwszym okresem w naszym życiu. 
A to dopiero początek. 


poniedziałek, 14 lipca 2014

Wabik na staruchy.

Ze względu na tatuaże, kolczyki i dziwne fryzury, starsi ludzie nie darzyli mnie nigdy szczególną sympatią. Wsiadając do autobusu czy tramwaju mogłam być praktycznie pewna, że nikt nie przeszkodzi mi w słuchaniu muzyki i gapieniu się przez okno. Ale, jak wiadomo, dziecko zmienia dużo rzeczy.

Odkąd zaczęłam nosić go w chuście coraz częściej ruszam się gdzieś dalej z domu. Co za tym idzie, coraz częściej jeżdżę autobusami.  I tu niespodzianka, nagle tatuaże przestały przeszkadzać, starsi ludzie już nie patrzą na mnie krzywo. Teraz walczą o miejsce obok nas.

I nie ma w tym ani trochę przesady. Kiedy babcia numer jeden z bólem serca opuszcza swoje miejsce, bo musi wysiąść, babcia numer dwa, siedząca do tej pory na drugim końcu autobusu, nagle materializuje się tuż obok.
- O mój boże jaki piękny mały człowiek! A tititi jak masz na imię?- w tym momencie nie wiem, czy mam odpowiadać za niego czy dać im się zająć sobą. - A jaki ty malutki jesteś! Jaki śliczny! Jakie radosne dziecko, tak się uśmiecha! - zawsze pokazuje się z tej najlepszej, uśmiechniętej strony.

Dziś mieliśmy combo. Babcia obok i dwie za nami. Nie zrozumcie mnie źle, ja bardzo lubię jak się ludzie zachwycają Olkiem, to całkiem prawidłowa reakcja. Tylko, że wszyscy znamy stare babcie. Tu nie może się skończyć po prostu na zachwytach.
- Ale w autobusie mogłaby go pani z tej chusty wyciągnąć i dać mu odpocząć.
- Wygodnie tak w chuście?
- A on się nie udusi?
- Za moich czasów to nie było takich rzeczy, tylko wózki takie toporne.
- Ale to chyba dobrze, taki do mamusi ciągle przytulony.
- To można takiego małego już tak pionowo, tak trzymać?

Tyle było ze słuchania muzyki. Zaczęłam już automatycznie wyciągać słuchawki z uszu, kiedy wsiadamy do autobusu (w zasadzie robię to już na przystanku, bo tam też lubią się dosiąść). Z ich mądrości, przeżyć i życiowych historii mogłabym niezłą książkę napisać. Usłyszałam, co robić z ząbkami, kolkami (nic, że Olek w życiu kolki nie miał), żeby noce przesypiał (przesypia) i milion rad na milion innych problemów, które nas nie dotyczą.

Daję im się wygadać. Bo dlaczego nie? Posłucham muzyki jak wysiądę, a myślę, że dla nich to sporo znaczy. I Olek tak fajnie się cieszy do wszystkich (z drugiej strony trochę ta jego potrzeba uwagi mnie martwi - przyzwyczaiły go do zachwytów i uwagi do tego stopnia, że kiedy jedna babcia dziś wstała i na jej miejsce, ku rozczarowaniu kilku innych, wcisnęła się jakaś kobieta w średnim wieku, Olek dalej próbował zaczepiać uśmiechem i wystawianiem języka. Zobaczył, że ta jest zajęta rozmową ze stojącą obok koleżanką, więc nakrzyczał na nią, pacnął ją w ramię i kiedy się spojrzała, znowu wrócił do uśmiechu numer trzy).
Nic nie tracę. Niech sobie pogadają. Poza tym i ja czasem na komplement się załapię, że taka ładna i że nie wyglądam na dwadzieścia pięć lat. Pocieszmy się tym rozpływaniem się tłumu starszych ludzi nad nami, póki jeszcze możemy, bo z tego, co zauważyłam małe dzieci szybko wypadają z łask i z "uroczych tititi maleństw" zmieniają się dla społeczeństwa w małe rozkapryszone potwory ;)


niedziela, 13 lipca 2014

KONKURS! - foremki do lodów NUK.

Jest lato, gorąco (przynajmniej powinno tak być), więc mam dla was konkurs, co by pomóc ochłodzić się w te ciężkie dni. Do wygrania foremki do lodów firmy NUK. Wlewamy do środka jogurt, sok (czy cokolwiek dusza zapragnie), wsadzamy do zamrażalki i cieszymy się lodami własnej roboty ;)



Zasady są proste - lajkujemy fan page, udostępniamy post na swoim facebookowym profilu, a w komentarzu piszemy swojego maila i przepis własnego pomysłu na lody. Najciekawszy i najsmaczniejszy wygrywa. Konkurs trwa do 12. sierpnia, wyniki będą ogłoszone dzień później. Zapraszam do zabawy.

sobota, 12 lipca 2014

Nasz mały grzech.

Dostaliśmy śliczne body. Tak fajne, że aż musimy się pochwalić. Olek jest małym narcyzem i odnajduje się w roli modela, więc chętnie pozował. Zresztą, uwielbia oglądać się potem na zdjęciach (w przeciwieństwie do odbicia w lustrze - tego albo się wstydzi, albo na nie krzyczy i wymachuje pięścią). 
Jest ciepło, wyszliśmy na ogródek, a za kocyk posłużyła nam nasza ukochana nowa chusta. 
Tak, wiem, duży jest.







Body i inne fajne ciuszki (dla dorosłych też) do kupienia tutaj:

piątek, 11 lipca 2014

Niedzieciaci nas nie lubią.

Zauważyliście? Czy w internecie, czy w ogólnych wypowiedziach, rodzice z dziećmi są pod ciągłym odstrzałem. Odstrzałem niedzieciatych. Zanim jednak zaczniemy wieszać na nich psy i oburzać się, przyjrzyjmy się temu co robimy. Wszyscy. Szybko załapiecie, dlaczego nagle wasz krąg znajomych zmienił się głównie na ludzi, którzy też posiadają pociechy.


O kupie i kaszkach.

Bo o czym innym możemy rozmawiać? Jakoś tak naturalnie wychodzi, że wszystkie rzeczy, które mamy do powiedzenia dotyczą naszych dzieci. "Olek robił dwadzieścia kupek dziennie, ale teraz już przestał. Teraz robi jedną na dwa dni, ale za to taki konkret, że trzeba mu ją z włosów ścierać". "Ogólnie to już siadać zaczyna. Bo wiesz, on jest silny". "Czytałam ostatnio o fajnym basenie dla dzieci. Bo niemowlaki powinny pójść między trzecim a szóstym miesiącem". "Te butelki są lepsze od tamtych bo...".
WSZYSTKIE te zdania (dobra, może poza butelkami, bo Olek bezbutelkowy jest) wypowiedziałam ostatnio. I to kilka razy. Przyłapuję się na tym, że kiedy jakiś dawno zapomniany znajomy odzywa się do mnie i pyta co tam słychać, ja automatycznie zaczynam opowiadać o Olku. Staram się tego unikać, ale jakoś tak samo wychodzi. Nawet jeśli zacznę od siebie, to i tak schodzi na niego. "Zmęczona strasznie jestem, bo Olek ząbkuje i się marudny zrobił". "Dopiero wróciłam do domu, bo na szczepieniu z Olkiem byłam i teraz leży i śpi koło mnie".
Nawet gdybym chciała pogadać o czymś innym, to nie mam pojęcia o czym. Albo i tak po dwóch minutach wróciłabym do tematu Olka. Takie rzeczy interesują tylko tych, co też mają dzieci i na mój tekst, co zrobił Olek, mogą odpowiedzieć podobnym, ale o swoim dziecku. I oboje jesteśmy szczęśliwi przekazując sobie informacje o dzieciach.


Chcesz go potrzymać?

Nie. Nikt, kto nie ma dzieci, nie chce trzymać noworodka czy niemowlaka (poza nielicznymi wyjątkami - pozdro Adam). Ludzie się boją, że upuszczą Ci dziecko i niechcący zostaną nową Katarzyną W. Albo, że je źle złapią i zacznie płakać. I znienawidzicie ich do końca życia, bo przez nich wasz najmniejszy najsłodszy skarb zapłakał. Oczywiście, proponuję to ludziom. Nie wiem czemu, nie umiem tego wyjaśnić.
Olek był pierwszym dzieckiem, jakie wzięłam na ręce. W szpitalu, kiedy jeszcze byłam w ciąży, a babeczka z sąsiedniego łóżka chciała mi dać swoje dziecko do potrzymania, chowałam się w łazience i czekałam, aż jej przejdzie.


Dzieci są wkurzające.

Spójrzmy prawdzie w oczy - skoro nasze dziecko potrafi czasami sprawić, że mamy ochotę wywalić je przez okno (Olek jeszcze na tym etapie nie jest, ale to kwestia czasu aż zacznie mówić i sam się przemieszczać), to co mają powiedzieć ludzie nie powiązani z nimi więzami krwi? I tu absolutnie nie chodzi o to, że dziecko jest niewychowane, jak twierdzą niedzieciaci eksperci (zauważyliście, że najwięcej na temat wychowania dzieci mają ci, którzy ich nie posiadają?). Dziecko jest dzieckiem. I o ile nie jest chore albo zastraszone, będzie biegało, hałasowało, wprowadzało chaos i zaglądało w każdy zakamarek. Dzieciaci to rozumieją bardziej.


Ojej, jakie piękne!

Każdy rodzic wymaga i żąda, żeby jego dzieckiem się zachwycać i mówić jakie jest najpiękniejsze. Oczywiście wszyscy wiemy, że to nieprawda, bo najładniejsze jest moje (póki nie płacze, bo wtedy zamienia się we wściekłego brzydkiego chińczyka).
Prawda jest taka, że zanim się doczekasz swoich, dzieci dzielą się na dzieci i bardzo brzydkie dzieci. To jak z murzynami - wszystkie wyglądają tak samo, wyróżniają się tylko jakieś szczególne paskudy. 




Ślina, rzygi i fekalia.

Nas to nie brzydzi. W końcu to naszego dziecka. Ale domyślam się, że inni mogą czuć się niezbyt komfortowo, kiedy są zmuszeni oglądać płynną kupkę w kolorze musztardowym. Albo kiedy naszemu dziecku będzie zwisała z buzi nitka śliny aż do podłogi, jak buldogowi angielskiemu z krzywym zgryzem. Albo kiedy się obrzyga.
Dla nas to już tak naturalne, że nawet nie zwracamy na to uwagi i zapominamy, że strumień moczu przypominający fontannę i zalewający cały pokój, łącznie z ubraniami osób stojących w pobliżu, nie jest niczym przyjemnym.


Ono do mnie mówi.

To już się tyczy tych, które nauczyły się chodzić i mówić w jakimś bliżej nieznanym ludzkości języku. Nikt poza rodzicami nie jest w stanie zrozumieć, o co im chodzi. I nagle staje obok Ciebie takie dziecko, łapie Cię za nogę czy rękę i zaczyna przemowę. Wyraźnie czegoś chce, tylko nie jesteś w stanie zrozumieć czego. Dziecko mówi z coraz większym naciskiem i zaangażowaniem, powoli w oczach pojawiają się łzy, a Ty nie wiesz, co robić. Jeść? Pić? Jak się zachować? Masz się uśmiechnąć? Coś odpowiedzieć? Ale co? I w normalnym języku czy postarać się naśladować te dziwne dźwięki, które ono wydaje?
Szczerze, to też nie wiem. I boję się, kiedy podchodzi do mnie starsze dziecko. Nie umiem jeszcze obsługiwać dzieci, póki co tylko niemowlaki.


Pora spać.

Przy dziecku wkracza trochę inny rytm dobowy. Wstajesz wcześnie rano, cały dzień jesteś na nogach i kiedy wieczorem wpadnie ktoś znajomy, Ty już średnio jesteś w stanie z nim porozmawiać, bo Twój mózg odmawia współpracy i bardziej przypominasz zombie niż normalną osobę. Czasem jeszcze wydukasz jakieś zdanie na temat kaszki czy kupy, albo uśmiechniesz się, kiedy po minie stwierdzisz, że to będzie dobra reakcja na to, o czym właśnie mówi. Bo nie masz pojęcia, o czym mówi. Zawiesiłeś się i patrzysz w jakiś punkt na ścianie próbując nie zasnąć i modląc się, żeby goście już sobie poszli, to przy dobrych wiatrach wskoczysz w piżamkę i walniesz się spać. Chociaż i tak bardziej prawdopodobne, że zaśniesz w ubraniu. Na siedząco. Z dzieckiem na rękach. Zanim goście zauważą, że pora iść.


Do tego wszystkiego jeszcze na zakończenie bardzo często raczymy ich jednym z tych tekstów, które denerwują niesamowicie, kiedy się je słyszy, ale po latach docenia się ich prawdziwość:
Będziesz mieć swoje, to zrozumiesz.



PS.
Grzesiek bardzo słusznie zauważył, że w sumie, to ja nie nauczyłam się obsługi wszystkich niemowlaków, tylko tych trzech moich osobistych domowych. Jego, Olka i Hultaja.

czwartek, 10 lipca 2014

Matki wariatki.

Rodzicielska gorączka dopadła mnie całkowicie, więc znalazłam sobie forum dla mam, na którym mogę skomentować wszystko, co tylko jest do skomentowania, bo oczywiście ja wiem najlepiej. Udało mi się zaobserwować dwie rzeczy - po pierwsze, wśród mamusiek jest niesamowita mania słodzenia sobie i wchodzenia w tyłek. Jakby nagle urodzenie dziecka sprawiało, że wszystkie jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami. Druga sprawa - dziecko jest nienaruszalnym i niepodważalnym sacrum i nie można na jego temat żartować, bo oburzone matczyne grono wybuchnie świętym gniewem. 

Przeglądam sobie działy i widzę temat: "kontrowersyjna koszulka". "Oho!" myślę sobie, "na bank będzie coś ciekawego". Bardziej pomylić się nie mogłam, bo kontrowersyjna koszulka okazała się koszulką ciążową z napisem "Tęsknię za moją talią". Tak. "Tęsknię za moją talią". Kontrowersja w chuj.

No nic, postanowiłam włączyć się do dyskusji. Wspomniałam o babeczce w zaawansowanej ciąży ubranej w koszulkę "Kto nie ma brzucha ten słabo rucha". Śmieszne, prawda? A no jednak jak się okazuje nie śmieszne. Żeby kogoś takie wulgarne słowa śmieszyły? Zwykłe chamstwo, prostactwo i brak dobrego smaku. Wstydźcie się!
A wiecie, co jest jeszcze gorsze? Wyobraźcie sobie, że jedna z dziewczyn widziała gdzieś do kupienia koszulkę z... obcym wychodzącym z brzucha i napisem "Uwaga pasożyt!". Wyobrażacie sobie? Żeby dziecko do pasożyta porównywać? Przecież od razu opieka społeczna powinna sprawdzać, do kogo te koszulki idą, żeby po porodzie złożyć wizytę. 

Chcecie coś jeszcze bardziej hardkorowego? Na świecie są zwyrole i patologie, które tworzą takie komiksy (swoją drogą, "gejoza" jest chyba najczęściej wypowiadanym słowem u nas w domu):



Mocne? Czekajcie, czekajcie, to nie wszystko. Spójrzcie na to:



A teraz kochane i kochani, tak na poważnie: zluzujcie pośladki. Jak wy tak poważnie do waszych dzieci podchodzicie, to nie dziwię się, że co druga ma depresję poporodową. Jeśli coś jest śmieszne, to należy się z tego śmiać. Nie ważne, czy to koszulka mówiąca o pasożycie, głupi komiks, czy wasze własne osobiste dziecko, które właśnie udowodniło wam, że obsrać się po pachy absolutnie nie jest przenośnią. Śmiejcie się ile wlezie.

Chcecie poznać sekret? Tylko proszę, nie dzwońcie po opiekę. Jak Olek się obsika przy zmianie pieluchy (i przy okazji mnie i połowę pokoju) mówię mu, że jest moim małym szczoszkiem obsrałkiem. A on się cieszy. I sika dalej. 
O, albo jak zaczyna płakać i krzyczeć, to mu mówię, żeby przestał, bo się brzydki robi. O dziwo, skutkuje. 
Co by tu jeszcze... A! Zawsze kiedy zrobi coś słodkiego nazywamy go gejozą. Mówiłam już, że bardzo lubimy to słowo. 
Raz jak płakał, a Grzesiek został z nim sam, zaczął mu śpiewać pierwszą piosenkę, jaka przyszła mu do głowy. Chcecie wiedzieć jaką?




Ludzie, nie bądźcie tacy poważni. To, że śmiejemy się z naszych dzieci nie znaczy, że ich nie kochamy. I tak, uważam, że koszulka z obcym jest śmieszna, ze słowem "ruchać" tym bardziej. Komiksy też są śmieszne (za to kawały rodem z Sadistica o martwych płodach i niemowlakach zaczęły mi się wydawać niestosowne, to fakt). I popłakałam się ze śmiechu słysząc, jak Grzesiek śpiewa Olkowi. 
Więcej dystansu, a będzie wam łatwiej.


środa, 9 lipca 2014

Z wizytą u doktora.

Byliśmy na szczepieniu. Nie będę się tu zastanawiać nad tym, czy szczepienia są dobre, czy złe. Dla mnie tu jest za dużo poglądów, ciężko mi wyrobić sobie własne zdanie, bo ekspert medyczny ze mnie żaden - zdałam się na naszą panią doktor. Swoją drogą, złota kobieta, była jeszcze doktorową moją i mojego brata jak byliśmy mali. Jeszcze zanim Olek się urodził, wiedziałam, że będę chciała zapisać go do niej.

Jak zwykle musiał zacząć popisywać się już od wejścia. Jakoś tak ma, że przy obcych potrafi przestać być małym terrorystą, a staje się cudownym i roześmianym aniołkiem. Myślę, że to część jego planu przejęcia władzy nad światem (często patrząc na niego widzę Stewiego Griffina: Victory shall be mine!). Dowiedzieliśmy się, że waży siedem kilo (ucieszyłam się, byłam pewna, że będzie już prawie osiem, a im mniej, tym dłużej ponoszę go w chuście). Jest śliczny (jakbym potrzebowała, żeby mi to mówić), idealnie zdrowy i tak, mama się nie pomyliła, rosną już ząbki.

Mam naturalny talent do pakowania się w niezręczne sytuacje.
Pamiętam jak raz w moim ulubionym pubie był nowy barman, pipka taka w okularach, który nic nie ogarniał. Po pewnym czasie przeniosłam się z koleżanką do innego miejsca na piwo, a po zamknięciu naszej ukochanej Szuflandi przyszedł do nas kolega, który tam siedział. Ja, już dosyć mocno wstawiona zaczęłam: "bożeeee... widziałeś tego nowego barmana? jaka cipa i dupa wołowa (tu akurat podaje bardzo cenzuralną wersję moich słów)? Normalnie, 'będę grał w grę'". Kolega się zmieszał i przedstawił tego, z kim przyszedł (oczywiście wcześniej nie zwróciłam na to uwagi): "Taaa... no to się poznajcie. To jest Konrad".

Innym razem, kiedy mieszkałam jeszcze z rodzicami i bratem, zostałam na wieczór sama w domu. Postanowiłam się odprężyć, wzięłam kąpiel z pianką i słuchawkami na uszach. Wychodząc z łazienki rozśpiewana (do końca życia będzie mi się kojarzył z tym "Johnny B."), roztanczona, w samym ręczniku i ze słuchawkami na uszach wpadłam w przedpokoju na mojego brata i pana spisującego liczniki od gazu. Do całości sytuacji brakowało tylko jeszcze, żeby ten ręcznik się ze mnie zsunął...

To samo się dzieje we wszystkich szpitalach i przychodniach, które odwiedzę. Po kontrolnym ktg zgubiłam się po drodze z gabinetu do recepcji. Pielęgniarka biegała wszędzie i mnie szukała, a ja zatrzymałam się po drodze w jakimś gabinecie i nie wiedząc, co robić dalej, tuptałam sobie w miejscu. 
U pani doktor nie mogło być inaczej. Za pierwszym razem zapomniałam pieluszki tetrowej i przetrząsnęłam cały gabinet w jej poszukiwaniu. Oczywiście jej nie znalazłam, bo została w domu.
Dziś pani doktor mnie zapytała:
- I jak się tam nasz mały miewa?
- Eeee.. No, Aleksander.

Chwilę się pośmiała z mojego roztargnienia (całe szczęście, że zna mnie od dziecka i wie, że ja już tak mam, przynajmniej nie będzie opieki społecznej wzywać). 
- No dobra, a mama ankietę wypełniła?
- Jaką ankietę?
- Tę samą, o którą ostatnim razem pytałaś - rzeczywiście, mogło tak być, że na poprzednim szczepieniu też mi tłumaczyła, że przed wejściem do gabinetu są ankiety do wypełnienia. - Ech, no nic, już ci drukuję. Proszę, data i podpis. - spojrzała na mój moment zawahania nad kartką. - Dziś jest dziewiąty lipca.
Chwila ciszy.
- 2014.

Poszliśmy do gabinetu obok na szczepionkę. Jedna do wypicia i dwa ukłucia. Przy piciu było tak jak się spodziewałam. Olek prawie wepchnął sobie rękę lekarki do swojej buzi, a potem nie chciał jej wypuścić. Nie spodobało mu się, że tak mało.

Przyszła pora na najgorsze. Zastrzyki. Myślałam, że serce mi pęknie, kiedy przytrzymywałam mu kolanko. Boże, żeby tylko nie płakał. Przecież popłaczę się razem z nim.
Pierwsze ukłucie. Olek patrzy się lekarce prosto w oczy i powolutku pojawia się na jego buźce coraz szerszy uśmiech. Na sam koniec, kiedy wstrzyknęła lekarstwo już do końca, wybuchnął głośnym śmiechem.
Drugie ukłucie. Te niby boli bardziej. Chwila zaskoczenia, kiedy doktorowa wbiła igłę. Potem cisza i kiedy już wyciągnęła strzykawkę... zaczął na nią krzyczeć. Właśnie tak. Nie płakać, nie krzyczeć po prostu, tylko zrobił niezadowoloną minę i na nią nakrzyczał.
Spodziewałam się, że z połączenia mnie i Grześka typowe dziecko nie wyjdzie, jednak Olek zadziwia mnie każdego dnia.

Teraz śpi rozwalony na pół łóżka przytulając swoją maskotkę. Nie ma co, ciekawy bobas mi się trafił.


wtorek, 8 lipca 2014

O seksie po porodzie i dlaczego takie coś nie istnieje.

Jednym ze sposobów na wywołanie porodu jest seks. Teraz, kiedy jestem już po drugiej stronie, zrozumiałam. Tu wcale o wywoływanie nie chodzi. To delikatne zachęcenie rodziców do nacieszenia się sobą, bo mają na to ostatnie chwile. 
Wiadomo, zaraz po powrocie ze szpitala nie ma czasu. Połóg, te sprawy. Zmęczona mama wraca ze szpitala z dzieckiem. Po kilku nocach tata również jest zmęczony. Poza tym, oboje są zafascynowani maleństwem i cielesne rozkosze absolutnie im nie w głowie. No i jakoś tak głupio, bo dziecko obok. 
Zajmują się więc mama i tata swoimi sprawami (a raczej sprawami dziecka). Mijają dni, tygodnie i w końcu zaczynają zauważać siebie nawzajem. Zmęczenie może nie tyle mija, co oboje już się do niego przyzwyczaili. Przychodzi pora, kiedy chcieliby się poprzytulać.

U nas ten moment był po dwóch miesiącach. Łóżeczko Olka stoi obok naszego, za głowami (tak, że w nocy jeśli przyśni mu się coś złego mogę szybko przez szczebelki złapać go za łapkę. Denerwowałam się, dlatego poczekaliśmy aż mały dobrze zaśnie, przygasiliśmy światła i zaczęliśmy bardzo delikatnie wprowadzać się w klimat. Było bardzo przyjemnie i romantycznie, ale kiedy już już miało się coś zacząć usłyszeliśmy najgłośniejsze i najbardziej śmierdzące w jego dwumiesięcznym życiu: "PFRRRRRYT!", a po chwili "ahahaha GU!" 
Nie muszę chyba mówić, gdzie poszedł cały romantyzm. 

Zaczęłam podejrzewać, że dzieci mają jakiś naturalny system, który zabezpiecza je przed pojawieniem się rodzeństwa. Żeby zawsze były na pierwszym miejscu dla rodziców i nie musiały dzielić się uwagą. Za każdym razem, kiedy czegokolwiek próbowaliśmy, okazywało się, że jest głodny, zrobił właśnie kupę, albo pilnie potrzebuje, żeby się z nim pobawić. 

Oczywiście, są inne miejsca w domu, nie tylko łóżko. Zawsze można na przykład iść pod wspólny prysznic. Tylko przygotujcie się na ciągłe wyłączanie wody i wystawianie głowy z łazienki, żeby nasłuchiwać, czy dziecko przypadkiem nie płacze. Albo was nie woła. Albo się nie śmieje. Bo przecież jak tak słodko śmieje i gada, to nie można go samego zostawić. Trzeba z nim porozmawiać. 

Przypuszczam, że z czasem jest coraz gorzej. Dziecko zaczyna samodzielnie się przemieszczać, więc nie wystarczy poczekać aż zaśnie. Zamiast nasłuchiwać, czy nie płacze, będziecie przerywać na każde skrzypnięcie w obawie, że nadchodzi, wcisnąć się do waszego łóżka, żeby trochę się poprzytulać.

Kiedy robi się kumate, trzeba uważać i być cicho, bo przecież jeszcze coś usłyszy. A nie ma chyba na świecie osoby, która byłaby szczęśliwa słysząc seks rodziców.

Co nam zostaje? Modlić się, żeby było towarzyskim nastolatkiem i jak najszybciej wyszło na pierwszą imprezę. Dać błogosławieństwo na drogę i co jakiś czas dzwonić kontrolnie z pytaniem kiedy wraca, żeby przypadkiem nie zastało nas nagich w środku przedpokoju. 


poniedziałek, 7 lipca 2014

Od niechęci po laktaterror, czyli moja droga ku oświeceniu.

Teraz się tego wstydzę, ale na początku byłam przekonana, że będę karmić butelką. Nie chciałam być uwiązana do dziecka, przerażały mnie historie o bólu. Poza tym, sama nie wiem czemu, ale odrzucało mnie coś od tego. Nie wyobrażałam sobie karmić w miejscu publicznym.

Miałam w głowie milion argumentów przeciw, ale kiedy przynieśli mi Olka na pierwsze karmienie, położna położyła go obok, pomogła przystawić, nagle wszystko przeszło. Leżał koło mnie taki malutki, przyssany i ściskał mój palec. Pierwsze karmienie przebiegło idealnie. Potem było tylko gorzej.

Olek się wiercił, rzucał, czasem jadł, czasem nie. Płakał, a ja nie wiedziałam, co robić Umiałam karmić tylko na leżąco (do tej pory to jedna z naszych ulubionych pozycji). Chciał jeść tylko z jednej piersi, druga w ogóle go nie interesowała. Na ratunek przybiegła położna. Zrobiła magiczną sztuczkę, zamotała szarpiącego się noworodka w pieluszkę tetrową tak, że przypominał rolo kebaba:
- Teraz będzie lepiej. Poczuje się bezpieczniej, jak w brzuszku. Pani spróbuje teraz.
O cholera, dzidziuś spokojny, uśmiechnięty i grzecznie ssie. Pokazała mi jak zawijać. Fakt, nie wychodziło mi to tak dobrze, przytrzymywałam sobie pieluchę drugą ręką, żeby się w trakcie karmienia nie rozluźniła, ale działało. Mogliśmy tak sobie leżeć cały dzień. Po dwóch dniach już nie potrzebowałam pieluszki, doszłam do wprawy (której nabieram nadal z każdym dniem, teraz potrafię karmić nawet przez sen). Za to pojawił się nowy problem - zaczęło boleć. Nie poranił mnie jeszcze tak bardzo, żeby zrobiły się strupki, ale chciało mi się płakać na myśl o podaniu piersi. Znowu uratowała mnie cudowna położna. Widziała, jak zaciskam zęby podczas karmienia.
- Boli?
- Tak, ale to podobno zawsze boli.
- Głupot żeś się nasłuchała albo naczytała w tym internecie. Nic nie musi boleć, ma być przyjemnie. Patrz.
Wyciągnęła małemu cycka z buzi i wsadziła jeszcze raz, tak głęboko, jak się tylko dało.
- Boże, on się przecież zakrztusi!
- Nic nie zakrztusi! I jemu wygodniej i pani boleć nie będzie.
No fakt, nie bolało. Okazało się, że rzeczywiście jest przyjemnie. Coraz bardziej zaczynałam lubić karmienie.

Bałam się, że się nie najada. Kiedy nie spał i nie miał cycka w buzi od razu zaczynał płakać. Zawołałam położną.
- To normalne?
- Ale co, kochana?
- No to, że on tak ciągle ssie. Może mam złe mleko? Albo za mało?
- A niech ssie jak najwięcej! Rozkręci ci laktacje i nie będziesz miała potem problemu. Poza tym, chce być przy mamie. Jak ssie, to czuje się bezpiecznie.
- No ale co, jeśli tego pokarmu mam za mało? W końcu po cesarce niby ciężko z karmieniem.
- Weźcie wy tego internetu już nie czytajcie. Wcale nie ciężko. Przystawiaj często, to pokarm będzie. Nasłuchacie się głupot i szybko poddajecie, a wystarczy się przemęczyć i postarać. Te przypadki, kiedy się nie da karmić, to malutki procent (tutaj nie chcę przekłamać, bo nie pamiętam za dobrze, chyba powiedziała, że pięć).
Jeszcze kilka mądrych rad od niej usłyszałam, których wybaczcie, ale nie przypomnę już sobie. W każdym razie, wspierała i pomagała. Na obchodzie, kiedy lekarz pytał o karmienie, potrafiła odpowiedzieć za mnie, że "pani tutaj tylko piersią, bez dokarmiania". Widziałam miny pełne uznania, słyszałam pochwały i stawałam się coraz bardziej z tego dumna.

Zaczęłam doceniać wszystkie zalety karmienia. Olek zdrowy i szczęśliwy. Trochę zajęła nam obojgu nauka, ale kiedy już się dograliśmy, jest idealnie. Nie musiała się przejmować odchudzaniem po ciąży czy ćwiczeniami. Waga sama spada jak szalona, w pierwszy miesiąc zrzuciłam piętnaście kilo. Teraz leci już wolniej, ale ciągle. Jest wygodnie, nie muszę przygotowywać mieszanek, zabierać ze sobą ciężkiej torby na spacer. Ba, możemy sobie nawet robić dzień lenia bez wstawania z łóżka! Biorę Olka do siebie, kładę stertę czystych pieluszek obok i cały dzień śpimy, gadamy sobie, czytamy bajki albo oglądamy telewizję.
No i, jakby nie patrzeć, to jest moment, który zbliża. Mamy karmiące butelką nie są gorsze, ale nie doświadczą czegoś tak cudownego. Nawet z czysto biologicznego punktu widzenia - pamiętajcie, że podczas karmienia wytwarza się oksytocyna. Buduje więź z dzieckiem i zapobiega depresji poporodowej. Ja byłam przygotowana na nerwy, irytację, wieczne zmęczenie i zły humor. Zamiast tego stałam się pozytywnie nastawioną do życia oazą spokoju.

Czy czuję się lepsza przez to, że karmie? Tak. Nie dyskryminuję, nie chcę nikogo obrazić, ale nie ukrywajmy, że jednak pokarm z piersi jest dla dziecka najlepszym, co można mu dać i mleko modyfikowane nie zastąpi tego. Karmienie butelką nie robi z nikogo gorszej mamy, ale podanie piersi robi lepszą. Warto się postarać, warto przemęczyć. W razie niepowodzeń iść do poradni laktacyjnej. Nie wychodzi Ci karmienie, dziecko ciągle płacze, masz dosyć wyciągania i wkładania go do łóżeczka? To go nie odkładaj. Usiądź wygodnie w fotelu albo ułóż się z nim na łóżku, puść jakiś film i rozluźnij się. Może nie potrzebuje zapchania mlekiem modyfikowanym, tylko chce trochę Twojej bliskości?

Nie zniechęcaj się, bo warto jest walczyć - możesz wygrać coś niezastąpionego dla was obojga.


niedziela, 6 lipca 2014

Uzupełniamy marynarską kolekcję.

Przyszedł ten moment, kiedy Olek wyrósł ze swoich smoczków (i tak późno się domyśliliśmy, dlaczego wypluwa smoczek, a zamiast niego wsadza sobie w buzie piąstkę). 
No nic, poszliśmy do Smyka wybrać nowe. I tu niespodzianka. Zwariowałam ze szczęścia, kiedy zobaczyłam, że Lovi zrobiło najlepszą na świecie serię marynarską.
Bo musicie wiedzieć, że ja uwielbiam ubierać Olka w marynarskie ciuszki. Po pierwsze, ślicznie wygląda w takich kolorach. Po drugie, pasuje mi do kotwicy na klacie. Po trzecie, jesteśmy w końcu ze Szczecina, a przecież KAŻDY wie, że Szczecin leży nad morzem. Po czwarte, realizuję w ten sposób moją niespełnioną ambicję zostania piratem. Marzenie legło w gruzach, kiedy okazało się, że choroba morska łapie mnie nawet na huśtawce, a co dopiero po wejściu na statek.
Marynarskich ciuszków już kilka nam się uzbierało. Część ze sklepu mojej mamy, kilka rzeczy przywieźli nam w prezencie rodzice Grześka. 
A Olek w wodzie czuje się jak rybka. Aż postanowiłam od przyszłego miesiąca (jak tylko zaopatrzę się w kostium kąpielowy zakrywający brzuch) iść z nim na noworodkowy basen. 







sobota, 5 lipca 2014

O tym, jak zrezygnowałam z wózka

Od początku się nie polubiliśmy. Wózek był dla mnie niewygodny, denerwowały mnie zajęte ręce, krawężniki do pokonania, to że nie mogłam sobie chodzić moimi skrótami. W sklepie było trzeba przeciskać się między ciasnymi alejkami. No i Olek tak daleko ode mnie, osłonięty z każdej strony, co mu po tych spacerach, jak nic sobie nawet nie poogląda? To już równie dobrze mogę drzwi na ogródek otworzyć i tam go w wózeczku wystawić.

Chusta elastyczna była pierwszym prezentem jaki dostaliśmy dla dzidziusia. Od Mądrej Cioci Julii, kiedy jeszcze byłam w ciąży (większość osób nawet jeszcze wtedy o ciąży nie wiedziała). Nie nosiłam w niej od początku. Ciągnęła mnie trochę blizna po cesarce kiedy coś podnosiłam, no i bałam się. Przecież ja się bałam nawet go podnieść, a co dopiero przywiązać do siebie. A jak węzeł puści? A jak mu niewygodnie? A jak się wysunie? Albo udusi? Przeczesywałam pamięć, żeby sobie przypomnieć, czy słyszałam o przypadku dziecka uduszonego w chuście. Nie no, chyba nie słyszałam. A co jeśli będę pierwsza? 

To wszystko było błędem. Gdybym mogła cofnąć czas, pakowałabym go w chustę już w szpitalu. No ale młoda i głupia byłam, na pierwszy chustowy spacer poszliśmy, kiedy miał miesiąc. Od pierwszego momentu tak cudownie się wtulił we mnie i uspokoił. Motanie okazało się banalnie proste. Pierwszy raz zrobiłam to przy obrazkowej instrukcji z neta, a kolejne, już z głowy, zajmowały kilka minut (teraz przy tkanej zajmuje mi to może trzydzieści sekund). Chociaż, przyznam się bez bicia, na początku przytrzymywałam go rękami. Tak w razie czego.

Niestety, długo sobie nie ponosiłam. Zaczęły się upały, więc w czarnej chuście trochę za bardzo nam grzało. Kiedy temperatura się uspokoiło, okazało się, że Olek w elastyku już za bardzo się obsuwa. Zaczęliśmy poszukiwania tkanej.

Pierwsza była z wymiany, za kilka ciuchów dostałam chustę firmy Azimi. Nie polecam. Ładna, cienka, ale po godzinie noszenia było mi za ciężko. Trzeba było kupić porządną. Zdecydowaliśmy się na bawełnianą Lennylamb. I to był strzał w dziesiątkę. 



Wózeczek niech sobie stoi w przedpokoju, ja wolę raz dwa zawiązać chustę, wsadzić w nią małego i iść na spacer, na którym mam wolne ręce, Olek może przytulony do mnie rozglądać się na boki, a kiedy coś go bardziej zainteresuje, jakiś wystający listek czy gałązka, możemy się zatrzymać, żeby sobie pomacał i pooglądał. Ja po drodze opowiadam mu o wszystkim, co mijamy. Nie przeraża mnie autobus czy tramwaj, nie muszę planować trasy pod kątem "żeby było wygodnie wózkiem". A w jutro idziemy sobie na pierwszy piknik do lasu, nad jezioro. 

Cześć chusto, papa wózeczku. Już mi się robi smutno na myśl, że kiedyś przestanę go nosić.

PS
Napaliłam się niesamowicie na tę chustę, ale to musi poczekać do przyszłego miesiąca:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...