sobota, 16 sierpnia 2014

#tata

Wystarczy, że na niego spojrzę, uwielbiam to robić. Badam wtedy wzrokiem każdy milimetr jego twarzy, doszukuje się podobieństwa do mnie lub do Mamy. Jest pięknym dzieckiem, mówię to z czystym sumieniem, bo w jego przypadku nie jest to mówione nad wyrost. Ma cudowne oczy, potrafią tak wiele wyrazić i widzę w nich miłość, zaufanie i zrozumienie. Coś czego nie spodziewałem się widzieć gdy był jeszcze w brzuchalu (uwierzcie, brzusio to to nie był). Jego uśmiech, mimika, próby komunikacji przy użyciu raptem trzech słów - guu, gaa, geee - to coś, czego nie da się zastąpić czymś innym. Patrzę na niego i zastanawiam się, kto tu kogo bardziej potrzebuje. Ma tylko cztery miesiące, jest taki bezbronny i niewinny. Pewnie nie jest jeszcze świadomy, że nadał naszemu życiu sens, ale szybko się o tym dowie, bo będę mu to powtarzał do końca życia. Ów delikwent ma na imię Aleksander Adam i jest moim synem. Najlepszym synem jakiego mogłem sobie wymarzyć.



czwartek, 14 sierpnia 2014

Dlaczego warto mieć psa?

O tym, że dom bez zwierząt, to nie dom i że dziecko potrzebuje futrzastego przyjaciela już pisałam. Teraz znalazłam kolejny, doskonały argument na potwierdzenie tego. Oglądając internet przypadkiem (dobra, prawda jest taka, że się tam zgubiłam na youtubie) trafiłam na filmik, na którym piesek pokazywał małemu dziecku, jak się czołgać. Fajne to, śmieszne, przesłałam dalej. Nagle spojrzałam na pasek polecanych. Co się okazuje? Takich filmów jest więcej. Te psy najzwyczajniej w świecie uczyły dzieci. Spójrzcie sami.




Ale! To nie wszystko, czego wasze dzieci mogą nauczyć się od psów. Jak się okazuje, psiaki pokazują dzieciom jak skakać, bawić się piłką, a nawet... mówić.





No cóż, u nas Olek też się czegoś od Hultaja nauczył. Każdy kabel, jaki znajdzie się w zasięgu jego łapek natychmiast próbuje wsadzić sobie do buzi.


poniedziałek, 11 sierpnia 2014

A czy Twoje dziecko ma wymyślonego przyjaciela?

Pierwszy post na tym blogu jest o niepokojących rzeczach, które czasami potrafią powiedzieć dzieci. Jedna z mam postanowiła pójść krok dalej i zapytała użytkowników Reddita, co ich pociechy mówią o swoich wymyślonych przyjaciołach. 
Uroczyście przysięgam, że jeśli Olek kiedykolwiek wspomni o wymyślonym przyjacielu, natychmiast pakujemy się, przeprowadzamy i na wszelki wypadek wołamy egzorcystę.



Bez twarzy.

Mój trzyletni syn opowiada mi o "strasznym człowieku" żyjącym w sypialni moich rodziców. Opowiada o tym po wizytach u nich. Popełniłam błąd i zapytałam, jak wygląda. Mój syn stwierdził: "Och, on nie ma twarzy".

niedziela, 10 sierpnia 2014

Niedzielnik.

Zmogło mnie choróbsko. Tydzień nie mogłam się podnieść z łóżka (stąd przerwa na blogu). Nie mogłam też nic jeść ani pić, więc stało się coś, czego bardzo bardzo nie chciałam - kupiliśmy mleko modyfikowane. Przez trzy dni dostawał dwa - trzy razy dziennie butle. Nawet nie wyobrażacie sobie, jaką wewnętrzną walkę stoczyłam, żeby się przemóc i mu to dać. Na szczęście już minęło. Chociaż mleko z nami zostanie, bo z Grześkiem zaczęliśmy na potęgę wyjadać je łyżką prosto z paczki. Rany, jakie to dobre.



***
W związku z chorobą, macierzyństwem i nieudolnymi próbami ćwiczeń udało mi się w końcu osiągnąć względnie normalną wagę 58kg. Czyli równo dwadzieścia mniej. W trzy i pół miesiąca. Osmin może mnie cmoknąć. Chodakowska też.

***
Z rozwojowych nowości: przerzuciliśmy się już na spacerówkę. Niby fajnie, ale tylko jak Grzesiek ją prowadzi, dla mnie nadal chusta jest wygodniejsza. Tym bardziej, że po dłuższym spacerze i tak popłakał się i musieliśmy go nosić na zmianę na rękach.

***
Dostaliśmy też nowe imiona. W Olkowym języku. Kiedy nas woła, to Grzesiek jest "Ghrrrrrrrrr", a ja "Eeeeeeaaaa!". Co ciekawe, "chcę jeść", to "MAAAAAMMM!". Chyba poznaliśmy pochodzenie słowa "mama".

***
Mała refleksja, która naszła mnie po lekturze mamowego forum. Może jest ktoś wierzący, kto mi wyjaśni. Temat był o utrudnieniach, jakie księża robią, jeśli chodzi o chrzest. Papierki, podpisy, zaświadczenia, nauki. No cholera jasna, niech się w łeb pukną. Trąbią na prawo i lewo, o ile ważniejsze jest życie wieczne niż doczesne. Że to, co tu na ziemi nic nie warte, że najważniejsze, to dostać się do raju. Bronią nienarodzonego życia i według nich nawet zgwałcona jedenastolatka powinna urodzić dziecko z kazirodczego związku, które miałoby tak zmasakrowany organizm, że nie przeżyłoby więcej niż dobę, konając w cierpieniu (dobra, poniosło mnie, ale wiecie, o co chodzi). Jednocześnie robią, co tylko mogą, żeby utrudnić dzieciom dostęp do raju i do życia wiecznego. Ja rozumiem, że do innych sakramentów mogą sobie takie cyrki odstawiać, ale skoro tak bardzo bronią życia, to ich misją powinno być ochrzcić każde dziecko z miejsca, bez pytań i komentarzy, byleby ocalić jego duszę (która ponoć jest ważniejsza niż ciało).
Dlatego lubię buddystów.







sobota, 9 sierpnia 2014

"Usuńcie to z facebooka!"

Niedawno w internecie pojawiła się historia (wraz ze zdjęciem) Tanis Jex-Blake. Kobieta, matka piątki dzieci, poszła poopalać się w bikini na plażę, ale zaraz znalazła się grupa małolatów, którzy głośno komentowali jej brzuch. Internauci się nie popisali - ciężko stwierdzić, co gorsze: zachowanie nastolatków czy ich komentarze pod zdjęciem, które Tanis wrzuciła na swój profil przy opisywaniu sytuacji.



Podobna sytuacja miała miejsce, kiedy jakaś kobieta wrzuciła zdjęcie podczas karmienia bliźniaków. Dokładnie było przy tym widać sflaczałą skórę, jeszcze nieobkurczony po porodzie brzuch, cały usiany rozstępami. "Obrzydlistwo", "facebook powinien to usunąć", "nie powinno się wrzucać takich rzeczy do internetu".

Chcecie więcej przykładów? Znajoma udostępniła zdjęcie brzucha babeczki po bliźniaczej ciąży. Z dużymi rozstępami. Komentarze? "Porzygałem się pięć razy", "masakra!".

Mało? Lecimy dalej. Wrzucałam zdjęcia na stronę z wymianą ubrań. W ciuchach pozowała mi koleżanka, matka dwójki dzieci. Przy zdjęciu spódniczki na gumce podwinęła bluzkę, żeby dokładnie było widać, jak wygląda. Natychmiast pojawiły się komentarze typu "foto nie zachęca", "brzuch mogłabyś zakryć...". Na brzuchu nie było ani jednego rozstępu.

To jest chore. Jak mają się czuć kobiety po ciąży, które tak wyglądają i czytają takie teksty? A uwierzcie mi, że to zdecydowana większość. 

Tanis usłyszała, że powinna nosić kostium zakrywający brzuch (to był jeden z najłagodniejszych komentarzy). Że ciąża ciążą, ale widać, że o siebie nie dba i nie uprawia sportu. Jakaś kobieta wyskoczyła z tekstem, że ona też ma dzieci, ale do takiego stanu nie mogłaby się doprowadzić.
Poważnie? 
Nie wolno jej na plaży opalić brzucha i już do końca życia ma chodzić w jednoczęściowym kostiumie, bo przestała się wpasowywać w nastoletni kanon piękna? Ma kupować oczojebne neonowe ubrania i lecieć na siłownię, wrzucać na instagrama foty owsianki i sałatki z podpisami #zdrowejedzenie i #chudne, bo ktoś sobie wymyślił, że bycie fit jest teraz trendy? Ona nie ma jednego dziecka, ma piątkę. Zresztą, nawet jakby nie miała wcale, to co z tego? To jej ciało i jej wybór. Autorka bloga Saga o Kominku udostępniła ostatnio na swoim Facebooku link do cudownych grafik Carol Rossetti. Sprawdźcie.
Tanis nie musi latać na siłownię czy wciskać się na siłę w jednoczęściowy kostium, jeśli zwyczajnie tego nie lubi. Ja ćwiczę, bo lubię być szczupła, bo dobrze się z tym czuję. Mam do tego takie samo prawo, jak inni do olania tego i pokazywania z dumą swoich kształtów. Zresztą, i tak ma lepszy brzuch niż ja.



Kolejny świetny argument, to kobiety, które z ciąży wyszły bez szwanku i zarzucają niedbalstwo. Kochane, świat nie jest taki piękny i prosty. Sporo to kwestia genów i... szczęścia ;) Jedna nie będzie ćwiczyć i przez całą ciążę nie posmaruje niczym brzucha i nie będzie po niej widać trójki dzieci, inna wysmaruje się cała od góry do dołu, a i tak zostaną jej rozstępy przypominające poparzenia. Nic na to nie poradzimy. 

Dotarliśmy w naszej pogoni za pięknem do jakiegoś chorego momentu, kiedy widok zwykłej kobiety budzi szok i obrzydzenie. Nagle dotarło do mnie, że nie chodzi tu o standardowe internetowe hejty - ci ludzie naprawdę nie są świadomi, że ciała większości z nas właśnie tak wyglądają. Chcą, żeby na siłę to zakrywać i nie upubliczniać, bo wolą traktować zwykłą rzecz jak wynaturzenie, obrzydlistwo, niż zaakceptować fakt, że ciało się zmienia, że nie zawsze będzie idealne. Niech  do was w końcu dotrze, że was też to czeka. A kobieta z rozstępami na brzuchu ma nadal prawo ubrać bikini, jeśli dobrze się w nim czuje.

piątek, 8 sierpnia 2014

Wesoła farma, czyli wybieramy matę.

Tę matę Olek dostał jeszcze na dzień dziecka, od dziadków. Ja nawet nie próbowałam bawić się w wybieranie, bo ilość możliwości mnie przerażała, zdałam się na nich. 

Padło na Wesołą Farmę firmy Canpol Babies (mój faworyt w kwestii dziecięcych produktów). Opinie na necie były same pochlebne, ale nie nastawiałam się specjalnie na rewelacje u półtoramiesięcznego (wtedy) niemowlaka. Bardziej się zdziwić nie mogłam.

To była miłość od pierwszego wejrzenia. Nie wiem, czy to zasługa maty czy może Olek odziedziczył po mnie narcyzm, ale od samego początku potrafił nawet godzinę wpatrywać się w zawieszone na środku lusterko, obracać główkę i robić do niego miny. W sumie za bardzo nie umiał jeszcze z niczego innego korzystać, ale ta opcja bardzo mu się spodobała. 

Powoli zaczął zauważać kolejne elementy. Wiszące grzechotki, piszczałki, szeleszczące materiały. Zaczepiał je rączkami, próbował kopnąć. Chociaż nadal lusterko jest faworytem.

Nie mogliśmy lepiej trafić. Mata jest ładna, kolorowa, ma fajne zabawki, które można wymienić na dowolne inne, kiedy już dziecku się znudzą. Wokół jest kojec, który zawsze daje jakąś ochronę (a przynajmniej ja czuję się lepiej psychicznie przez samą świadomość tego, że jest). Kojec jest na rzepy, więc jeśli ktoś go nie chce (albo tak jak my, ma za duże dziecko) może go szybko rozmontować. Nadaje się praktycznie już od pierwszego miesiąca, a w miarę upływu czasu dziecko odkrywa jej nowe możliwości. A my mamy sporo zabawy przyglądając się temu.

Jedyny minus jest taki, że nogi Olka już wystają poza matę, ale on jest wielkoludem, więc większości dzieci to nie dotyczy ;)












środa, 6 sierpnia 2014

Jak sobie pościelesz...

Ciągle słucham (i wy pewnie też nie raz słyszeliście podobne) historii o tym, że jak byłam mała, to trzeba było mnie nosić w te i z powrotem po korytarzu, żebym usnęła. Po kolei wszyscy domownicy, krewni, sąsiedzi, przyjaciele (a czasami, jak kogoś opowieść poniesie, to i zwierzęta domowe) chodzili ze mną na rączkach, bujali i nucili kołysankę. Kiedy tylko przestawali - budziłam się. Mojego brata żeby zasnął rodzice pakowali do auta i ruszali na przejażdżkę. Jedne dzieci budzą się, jeśli nie chodzi się przy nich na paluszkach, inne płaczą, kiedy tylko rodzice przestają je nosić na rękach. Jeszcze inne wymagają konkretnych rytuałów wieczorem, bo inaczej nie ma szans na sen.

Od początku wiedziałam, że ja tak nie chcę. A dzieci nie rodzą się z zakodowaną informacją o bujaniu, noszeniu, wożeniu w aucie czy absolutnej ciszy koniecznej do drzemki (ba, wbrew pozorom w brzuchu jest cały czas głośno i szumiąco - Olek do tej pory uspakaja się kiedy słyszy odkurzacz albo brzęczenie maszynki do tatuażu, bo miło mu się te dźwięki kojarzą). 
Nie było noszenia. Zwłaszcza, że po cesarce nie miałam siły ani ochoty dreptać w kółko z prawie pięciokilowym noworodkiem. Pojadł, to Grzesiek odkładał go do łóżeczka. Kiedy leżał z nami na łóżku i widzieliśmy, że powoli zamykają mu się oczka, to też lądował od razu u siebie. Tak samo, kiedy trzymałam go na rękach i zauważyłam, że zasypia. 
Nigdy nie mówiliśmy przy nim szeptem. Przeciwnie - od samego początku zostawialiśmy nawet na noc włączony telewizor czy jakiś serial na kompie. Nie głośno, ale jednak. 

To nie działa tak, że jedne dzieci rodzą się grzeczne i bezproblemowe, a inne wymagają specjalnych zabiegów. Dzieci są takie, jakimi pozwolimy im być. Wymagają tego, czego pokażemy im, że mogą od nas wymagać. 
Z tego co zauważyłam, są też cwane. Bardzo szybko uczą się, u kogo mogą sobie na co pozwolić. Na początku strasznie się złościłam na moją mamę, kiedy nosiła Olka na rękach (zresztą, dalej zwracam jej o to uwagę). Aż w końcu zorientowałam się, że u dziadków zachowuje się zupełnie inaczej niż u nas. Ja mogę go spokojnie położyć, a sama zająć się czymkolwiek. U dziadków wymusza noszenie, zabawianie, piosenki, kołysanie, bujanie i wszystkie te rzeczy, których unikałam jak ognia.

Nie zrozumcie mnie źle. Nie jesteśmy złymi rodzicami, którzy nie biorą dziecka na ręce, czy hałasują całą noc nie dając mu spokoju. Ale jeśli chcecie sobie ułatwić w przyszłości życie, pójdźcie naszym śladem. Udało nam się zrobić dziecko, które wie, że czas na rękach jest czasem zabawy, a śpi się w łóżeczku. Dziecko, które kładziemy spać i dalej możemy siedzieć do późna ze znajomymi, bo wiemy, że nie obudzą go rozmowy czy głośniejszy śmiech. To wy decydujecie o tym, jak będzie się wam żyło z waszymi dziećmi, więc warto ułatwić to sobie, jak tylko się da. 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...