niedziela, 6 lipca 2014

Uzupełniamy marynarską kolekcję.

Przyszedł ten moment, kiedy Olek wyrósł ze swoich smoczków (i tak późno się domyśliliśmy, dlaczego wypluwa smoczek, a zamiast niego wsadza sobie w buzie piąstkę). 
No nic, poszliśmy do Smyka wybrać nowe. I tu niespodzianka. Zwariowałam ze szczęścia, kiedy zobaczyłam, że Lovi zrobiło najlepszą na świecie serię marynarską.
Bo musicie wiedzieć, że ja uwielbiam ubierać Olka w marynarskie ciuszki. Po pierwsze, ślicznie wygląda w takich kolorach. Po drugie, pasuje mi do kotwicy na klacie. Po trzecie, jesteśmy w końcu ze Szczecina, a przecież KAŻDY wie, że Szczecin leży nad morzem. Po czwarte, realizuję w ten sposób moją niespełnioną ambicję zostania piratem. Marzenie legło w gruzach, kiedy okazało się, że choroba morska łapie mnie nawet na huśtawce, a co dopiero po wejściu na statek.
Marynarskich ciuszków już kilka nam się uzbierało. Część ze sklepu mojej mamy, kilka rzeczy przywieźli nam w prezencie rodzice Grześka. 
A Olek w wodzie czuje się jak rybka. Aż postanowiłam od przyszłego miesiąca (jak tylko zaopatrzę się w kostium kąpielowy zakrywający brzuch) iść z nim na noworodkowy basen. 







sobota, 5 lipca 2014

O tym, jak zrezygnowałam z wózka

Od początku się nie polubiliśmy. Wózek był dla mnie niewygodny, denerwowały mnie zajęte ręce, krawężniki do pokonania, to że nie mogłam sobie chodzić moimi skrótami. W sklepie było trzeba przeciskać się między ciasnymi alejkami. No i Olek tak daleko ode mnie, osłonięty z każdej strony, co mu po tych spacerach, jak nic sobie nawet nie poogląda? To już równie dobrze mogę drzwi na ogródek otworzyć i tam go w wózeczku wystawić.

Chusta elastyczna była pierwszym prezentem jaki dostaliśmy dla dzidziusia. Od Mądrej Cioci Julii, kiedy jeszcze byłam w ciąży (większość osób nawet jeszcze wtedy o ciąży nie wiedziała). Nie nosiłam w niej od początku. Ciągnęła mnie trochę blizna po cesarce kiedy coś podnosiłam, no i bałam się. Przecież ja się bałam nawet go podnieść, a co dopiero przywiązać do siebie. A jak węzeł puści? A jak mu niewygodnie? A jak się wysunie? Albo udusi? Przeczesywałam pamięć, żeby sobie przypomnieć, czy słyszałam o przypadku dziecka uduszonego w chuście. Nie no, chyba nie słyszałam. A co jeśli będę pierwsza? 

To wszystko było błędem. Gdybym mogła cofnąć czas, pakowałabym go w chustę już w szpitalu. No ale młoda i głupia byłam, na pierwszy chustowy spacer poszliśmy, kiedy miał miesiąc. Od pierwszego momentu tak cudownie się wtulił we mnie i uspokoił. Motanie okazało się banalnie proste. Pierwszy raz zrobiłam to przy obrazkowej instrukcji z neta, a kolejne, już z głowy, zajmowały kilka minut (teraz przy tkanej zajmuje mi to może trzydzieści sekund). Chociaż, przyznam się bez bicia, na początku przytrzymywałam go rękami. Tak w razie czego.

Niestety, długo sobie nie ponosiłam. Zaczęły się upały, więc w czarnej chuście trochę za bardzo nam grzało. Kiedy temperatura się uspokoiło, okazało się, że Olek w elastyku już za bardzo się obsuwa. Zaczęliśmy poszukiwania tkanej.

Pierwsza była z wymiany, za kilka ciuchów dostałam chustę firmy Azimi. Nie polecam. Ładna, cienka, ale po godzinie noszenia było mi za ciężko. Trzeba było kupić porządną. Zdecydowaliśmy się na bawełnianą Lennylamb. I to był strzał w dziesiątkę. 



Wózeczek niech sobie stoi w przedpokoju, ja wolę raz dwa zawiązać chustę, wsadzić w nią małego i iść na spacer, na którym mam wolne ręce, Olek może przytulony do mnie rozglądać się na boki, a kiedy coś go bardziej zainteresuje, jakiś wystający listek czy gałązka, możemy się zatrzymać, żeby sobie pomacał i pooglądał. Ja po drodze opowiadam mu o wszystkim, co mijamy. Nie przeraża mnie autobus czy tramwaj, nie muszę planować trasy pod kątem "żeby było wygodnie wózkiem". A w jutro idziemy sobie na pierwszy piknik do lasu, nad jezioro. 

Cześć chusto, papa wózeczku. Już mi się robi smutno na myśl, że kiedyś przestanę go nosić.

PS
Napaliłam się niesamowicie na tę chustę, ale to musi poczekać do przyszłego miesiąca:

piątek, 4 lipca 2014

Nie taki poród straszny.

O ile po porodzie nie miałam nawet chwili zwątpienia, tak w trakcie ciąży było kilka momentów kryzysowych. Największy na porodówce, kiedy stwierdziłam, że ja wcale nie chcę, że to najgłupszy pomysł na jaki mogłam wpaść i hej, mogę się jeszcze wycofać? Ogólnie jestem boidupa. Tatuaże sprawiają mylne wrażenie, bo tak naprawdę strasznie boję się bólu. 

Od początku wiedziałam, że będzie cesarka. Siedzieliśmy po USG na przeciwko doktora i czekaliśmy na werdykt. Pokręcił głową.
- Nie dasz sobie rady. Nie urodzisz.
Zobaczył nasze miny i pobladłe twarze.
- Znaczy, w trakcie na pewno stwierdzą, że robią cesarskie cięcie. 
A ja tyle się nasłuchałam o tym, że cesarka to wcale nie poród light. Że będę dochodzić do siebie tak strasznie długo, że ból okropny, że komplikacje. Tragedia. 

Okazało się całkowicie inaczej. Dzień po planowanym terminie porodu pojechaliśmy na kontrolne ktg (bez śniadania, bo przecież to tylko godzinka), którego nie udało się za bardzo zrobić, bo Olek się rzucał. Pani doktor (boże, jaka ona śliczna była! Trochę się w niej zadurzyłam już wcześniej, kiedy leżałam w tym szpitalu na kolkę nerkową. Wyglądała jak Audrey Horne z Twin Peaks, tylko kilkanaście lat starsza) zabrała mnie na USG. 
- Ojej. jaki ruchliwy. Mam propozycję. Bierzemy panią na cesarkę. Wyraża pani zgodę?
- Ale w sensie, że kiedy?
- Teraz.
O ja jebie. 

Wyszłam z gabinetu z kamienną miną. Chociaż nie, pewnie miałam minę, jakbym bardzo pilnie potrzebowała iść do toalety. Grzesiek czekał w korytarzu.
- I jak tam?
- Będą robić cesarkę.
- Kiedy?
- Teraz.
O ja jebie. 

Cała reszta przebiegała pod taką dawką adrenaliny, że nie mam pojęcia, co dokładnie się działo. Wypełniłam jakieś papiery, Grzesiek zapłacił trzydzieści złotych za zielone szpitalne wdzianko i kazali nam udać się na porodówkę. Położyli mnie na wyrko, podłączyli kroplówkę, ktg i kazali czekać. Czekaliśmy dwie godziny. Zdążyłam w tym czasie wyczytać w internecie jak bardzo cesarka boli, jak ciężko jest potem i zająć się uspokajaniem biednego przyszłego taty, który znosił to jeszcze gorzej niż ja. O 17:30 przyszła do nas położna.
- Zabieramy panią. Pan poczeka.
O ja jebie. 

Przez całą ciążę nie wierzyłam do końca, że ten moment nastąpi. Wiem, jakie to absurdalne, ale to coś na zasadzie: "w środku zimy nigdy nie wierzę, że znowu będzie wiosna". Strasznie bałam się znieczulenia zewnątrz oponowego. W końcu to zastrzyk w kręgosłup. A jak nie zadziała i będę czuła wszystko? W ogóle, czemu nikt nie pyta czy chcę narkozę? CHCĘ! Jezus Maria, a jak zobaczę moje flaki? Nie chcę widzieć moich flaków. Ja w ogóle tego nie chcę. Boże. 
Wywieźli mnie na salę, gdzie czekało kilka osób. Nie wiem, kim byli, nie przedstawili się. Kazali się pochylić. O mój boże będą wbijać się w kręgosłup. Wizualizowałam sobie jak igła wchodzi między kręgi. Przecież to musi tak strasznie boleć.
Nie bolało. A wbijali się cztery razy, bo jak tylko poczułam, że ktoś mi dotyka pleców, to wyginałam się przestraszona. 
Zobaczyłam, jak machają czyimiś nogami. A nie, chwilkę, przecież to moje. O proszę, więc jednak ich nie czuję. A to dopiero.

Pamiętam z czasów jak byłam mała, że tata miał wycinany paznokieć. Opowiadał potem każdemu, kto chciał go słuchać, że znieczulenie miejscowe jest przezabawnym uczuciem. Jakbyś był kartką papieru i wiedział, że cię tną, ale w ogóle nie boli. Nie umiałabym tego opisać lepiej. Czułam jakieś szarpanie brzucha. Chciało mi się strasznie wymiotować, więc ciągle podawali mi efedrynę. Myślę, że już nieźle byłam nią naćpana, bo kiedy usłyszałam nagle "ŁEEEEE!!! EEEE!!!" zastanawiałam się, czy to moje, czy na sali obok krzyczy. 
- No, cztery pięćset sześćdziesiąt!
- Ale duży...
Oho, czyli jednak moje. O rany. 
Podeszła do mnie bardzo miła pani i pokazała go z każdej strony. Pierwsza myśl: dzięki bogu nie jest brzydki. Efedryna zrobiła swoje i nie do końca wiedziałam, czego ode mnie oczekują tak mi  nim machając przed twarzą. Powiedziałam:
- O rany, ale duży.

Zaszywając mi brzuch, miła pani żartowała, że dobrze, że nie mam tatuażu na brzuchu. Bo jedna taka była, kwiatki jakieś miała. Listek do listka musieli jej przyszywać, tyle to roboty było... 
Przed osiemnastą wylądowałam znowu na sali. Grzesiek czekał na mnie na miejscu.
- Widziałeś go? - po jego minie wiedziałam już, że tak. 
- Jest piękny.
Pokazał mi pierwsze zdjęcia, jakie mu zrobił telefonem. Rzeczywiście piękny, ja go tak dobrze nie widziałam. Jak to możliwe, że noworodek taki ładny? Przecież zwykle po urodzeniu są małymi paskudami.

Zanim znieczulenie zaczęło ze mnie schodzić, przynieśli mi go na karmienie. Położna pokazała, jak przystawić i zostawiła nas samych. To to serio jest moje? O rany, ale wcina. Ej, mały, popatrz na mnie! O, oczy ma Grześka. Ale on ładny, Ej, on ma rączki! I paznokcie! O cholera, stopy też ma! I palce u stóp! Aaaaa! Rusza nimi! Ej, widzieliście wszyscy?! On rusza palcami u stóp!
Zabrali go po godzinie, a ja wpatrywałam się w jego zdjęcie.

Mówi się, że najgorsze jest pierwsze wstanie po cesarce. Ja nieświadomie je sobie ułatwiłam. Jak tylko znieczulenie zaczęło puszczać, ruszałam nogami i starałam się przekręcać. Średnio to wychodziło, ale jak się potem okazało, dzięki temu bez problemu po sześciu godzinach usiadłam. A po siedmiu wstałam i z pomocą pielęgniarki poszłam pod prysznic. Ciężko się szło, to fakt, ale nie dramatyzujmy - przeszkadzał w tym nie tyle ból, co "ciężkie nogi" po znieczuleniu. Wzięłam prysznic i wróciłam do łóżka, gdzie dalej się wierciłam. Bo i tak z emocji nie mogłam zasnąć. Poza tym, noc minęła mi bardzo dziwnie dzięki podawanej domięśniowo morfinie.  Kiedy przynieśli mi Olka o siódmej rano i zostawili już na dobre, nie chciałam kolejnych środków przeciwbólowych. Nie potrzebowałam. Wstawałam do niego i biegałam po oddziale lepiej niż babeczki po porodach naturalnych, które przez szwy na kroczu nie mogły normalnie usiąść. 

Ja wiem, że wszystko zależy od osoby, że każdy organizm reaguje inaczej. Absolutnie nie stawiam jednego rodzaju porodu wyżej, niż drugiego. Ale piszę to dla uspokojenia dziewczyn, które wiedzą, że będą mieć cesarkę. W Internecie dramatyzują, ja nie wyobrażam sobie porodu siłami natury. Tak było szybko, lekko i całkiem przyjemnie. Ominęły mnie kilkunastogodzinne skurcze, nacinanie krocza i cała ta reszta. Jeśli będziemy mieć kolejne dziecko, to tylko tak, choćbym miała za to płacić.


czwartek, 3 lipca 2014

Jak urodzić i nie zwariować?

Przyznam się, że byłam przygotowana na to, że po porodzie będę miała silną deprechę (a przynajmniej bejbi blusa). Czytałam wszystko, co się dało na ten temat. Bałam się, że nie ogarnę opieki nad dzieckiem, zajmowania się domem. Że załamię się swoim wyglądem po ciąży. Że nie pokocham dziecka. Że będę się złościć, kiedy będzie płakał i że będę płakać wtedy razem z nim. Co się okazało? Wspominam ten czas strasznie miło, nie było ani jednego momentu kryzysowego. Tego wszystkiego da się uniknąć, wystarczy pamiętać o paru sprawach.


Wrzuć na luz.

Nie oczekuj od siebie po powrocie ze szpitala zbyt wiele. W sumie, najlepiej to nie oczekuj niczego. Masz w domu bałagan, ale jesteś wykończona, a dziecko w końcu zasnęło? Idź też spać. Nikt jeszcze nie umarł od ubrań rozrzuconych na podłodze (chociaż, jak ostatnio zaczęłam oglądać "Śmierć na 1000 sposobów", to wszystko jest możliwe). Nie masz siły robić obiadu? Zamów pizze. Przespałaś kąpiel, albo naprawdę nie masz siły się podnieść żeby to zrobić? Dzień trola raz na jakiś czas nikomu nie zaszkodził (ba, spotkałam się nawet z podejściem, że niemowlaka powinno się kąpać co dwa - trzy dni, ale Olek tak uwielbia kąpiel, że nie miałam serca mu tego odbierać). Dziecko płacze, a Ty nie wiesz, o co mu chodzi? Spokojnie, ono pewnie też nie. Rozluźnij się i przytul. A najlepiej daj cycka w buzie, bo nawet jeśli nie będzie jadło, to jakimś cudem ta technika rozwiązuje 98% dziecięcych problemów. Dawaj tego cycka nawet jeśli karmisz butelką. Pamiętaj, że przy stymulacji brodawek wytwarza się oksytocyna, która działa na nerwy lepiej niż valium. 


Wyskocz z dresów.

Serio, nawet jeśli masz zamiar przesiedzieć cały dzień w domu. Nie mówię o nie wiadomo jakim strojeniu się, bo ma być przede wszystkim wygodnie, ale ubranie zwykłych jeansów i koszulki potrafi zdziałać cuda. 


Nie zapominaj o sobie.

Dziecko jest ważne, ale nie zapominaj, że Ty również. Ja na samym początku (teraz już nie mam takiej potrzeby) karmiłam małego do syta, kładłam obok taty na łóżku, żeby spokojnie pospał, wkładałam słuchawki na uszy i wychodziłam na godzinny spacer, sama ze sobą. Wracałam szczęśliwa, odprężona i tak stęskniona za dzidziusiem, że praktycznie wyrywałam go tacie z rąk. Fakt, zdarzało się, że Grzesiek dzwonił przerażony, bo Olek płakał i koniecznie byłam potrzebna. Biegłam wtedy szybko do nich, ale co pospacerowałam, to moje ;)
Uzależniłam się też od grupy na facebooku, która zajmuje się bezgotówkową wymianą rzeczy, głównie ubrań. Czułam się tak, jakbym codziennie szalała na zakupach, ale nie wydawałam pieniędzy ani nie musiałam wychodzić z domu. Cudo! W końcu każdy wie, jak zakupy poprawiają kobietom nastrój.


Nie bądź idealna. 

Ideałów nie ma. Nie będziesz złą matką, jeśli coś Ci nie wyjdzie. Źle je złapałaś, niechcący zadrapałaś (mi się ostatnio zdarzyło, bo Olek potrafi gwałtownie obrócić główkę), czy zrobiłaś cokolwiek innego i teraz strasznie krzyczy i płacze? Nie stała się przecież tragedia, będziesz wiedziała na co na przyszłość uważać. Pamiętaj, że nikt się nie uczy z wgraną w głowie instrukcją obsługi noworodka. Też nie umiałam na początek dobrze przystawić do piersi, podnieść, ubrać (na początek odradzam ubranka zakładane przez głowę - ja się nauczyłam je zakładać dopiero w drugim miesiącu). To przychodzi powoli, z czasem, nie ma się co niepotrzebnie przejmować. Uczysz się na swoich błędach. Nie przejmuj się oceną i krytyką ciotek, babć i innych ludzi. One też kiedyś miały swój debiut. Nie pochwalają Twoich poglądów? Trudno, to ich problem, nie Twój. Ja ciągle musiałam wysłuchiwać, że dziecku zimno, bo ma zimne ręce, ale trądzik niemowlęcy to potówki, bo je przegrzewam. Olałam i robiłam po swojemu. Olek żyje, jest zdrowy i szczęśliwy. 


O tym się nie mówi. 

Teraz troszkę poważniej. Na początku bałam się, że będę złą mamą. Bo chociaż cieszyłam się na Olka, czułam w stosunku do niego swojego rodzaju czułość, to zdecydowanie nie można było tego nazwać matczyną miłością, dzięki której wskoczyłabym za nim w ogień. A tu wszystkie dziewczyny w ciąży pisały o tym jak bardzo "loffciają swoje serduszko najmniejsze najśliczniejsze najsłodsze". Dużo się też mówi o wielkiej chwili szczęścia i euforii kiedy kładą mamie dziecko pierwszy raz na brzuchu. Że się wszystkie trudy porodu zapomina. Gówno prawda. Może i czasem tak jest, ale dużo częściej nie czuje się nic, jesteście zmęczone, wykończone, hormony wam szaleją i wasze ciało rozumie, że bardziej potrzebuje uspokojenia niż kolejnej fali emocji. Ta prawdziwa miłość do dziecka pojawia się z czasem, kiedy już wszystko się uspokoi. Kiedy przynieśli mi Olka na pierwsze karmienie oglądałam go z każdej strony, nie mogłam się nadziwić, jak to możliwe, że on ma paluszki, paznokcie, uszka i wszystko inne. Ale właśnie, to była bardziej fascynacja niż przypływ wielkiej miłości. Dopiero następnego dnia wieczorem, kiedy się okazało, że ma podwyższone ryzyko infekcji i będzie musiał dostawać antybiotyk, przywieźli mi go z wenflonem w główce, a ja przepłakałam całą noc przytulając go - wtedy zrozumiałam, że go kocham. I to uczucie rosło i stabilizowało się z każdym kolejnym dniem. U mnie trwało to tyle. U innych może więcej. Tydzień, dwa, miesiąc. Nie dajcie sobie wmówić, że coś z wami nie tak, że jesteście złe, bo pokazanie wam waszego dziecka pierwszy raz było najszczęśliwszą chwilą w waszym życiu - te chwile dopiero będą, kiedy pierwszy raz się uśmiechnie albo do was zagada, spokojnie :)


Tata jest ważny. 

Wiem, że to często nie zależy od was. Czasami nie ma taty obok i wtedy trzeba radzić sobie samej. Jednak jeśli jest - nie pozwólcie mu wykręcać się tłumaczeniem, że się boi, że zrobi dziecku krzywdę. Ja Grześka rzuciłam na głęboką wodę. Kiedy przyszedł mnie odwiedzić w szpitalu, ja poszłam pod dłuuuugi prysznic, zostawiając go z Olkiem samego. Chcąc nie chcąc musiał nauczyć się, jak zmienić mu pieluchę, jak go podnieść, jak zabawiać (zawsze jakoś trafiał na trudne momenty - na przykład pierwsze ulanie). Im wcześniej zacznie, tym łatwiej będzie później. Współpraca (właśnie współpraca, a nie pomoc) z tatą jest niesamowicie ważna i bardzo dużo ułatwia. W końcu oboje jesteście rodzicami, a jedyna rzecz, w której was nie zastąpi, choćby nie wiem, jak się starał, to karmienie piersią. 


Zaakceptuj siebie.

Nie staniesz się z dnia na dzień miss fitness. Ciążowe pozostałości ciężko jest zgubić. W zasadzie nie umiem powiedzieć, jak mi się to udało. Zawsze byłam przeczulona na punkcie swojego wyglądu i wagi, dlatego tym bardziej się dziwię. Nie przeszkadza mi brzuch w rozstępach, blizna po cesarce. Akceptuję to, że do formy wracam powolutku (chociaż 15kg już zgubiłam, to 10 ciągle mi zostało). Nie chodzi tu absolutnie o traktowanie ciąży jako wymówki i kompletne olanie tego, jak się wygląda. Po prostu dajcie sobie czas. Ja nie mogłam ćwiczyć, z racji cesarki, ale za to tańczę sobie często wieczorami (z Olkiem na rękach) zumbę. Chociażby do tego filmiku.


Przede wszystkim pamiętajcie - nie słuchajcie niestworzonych opowieści, nie sugerujcie się tym, że ktoś opowiada, jak cudownie mu to rodzicielstwo wychodzi. Dajcie sobie prawo do błędów i cieszcie patrząc, jakie fajne macie dziecko ;)

środa, 2 lipca 2014

W Paryżu dzieci nie grymaszą!

Jak każda przyszła mama, w ciąży zaczytywałam się w miliony poradników, gazetek, a nawet ulotek i reklam, które mogły choć trochę pomóc mi w nauce obsługi noworodka. Większość opiera się na podobnym schemacie - są zdjęcia (czasami przedstawiające naprawdę traumatyczne sprawy - główkę dziecka wychodzącą podczas porodu i inne okropieństwa), a pod nimi podpisy. "Wkładamy dziecko delikatnie do wanienki", "podnosimy pupę wsuwając pod nią pieluszkę" i inne tego typu mało intrygujące zdania. Jedna książka zdecydowanie błyszczy i wyróżnia się na tle innych. Dorwałam ją przypadkiem, czytając artykuł na jej podstawie w jednej z mamowych gazetek. Okazała się strzałem w dziesiątkę.

Napisana luźnym językiem, pełna humoru (pośmiałam się na głos czytając ją), napisana przez Amerykankę mieszkającą i wychowującą dzieci w Paryżu. Cudownie porównuje amerykański i francuski (w zasadzie to chyba europejski, bo czytając wydawało mi się, że jednak bliżej nam do francuzów) sposób wychowywania dzieci. Dla mnie stała się biblią i polecam ją komu tylko się da.

Na większość złotych rad z książki jest jeszcze za wcześnie. Zresztą, to nie jest zbiór instrukcji, ale raczej zapis obserwacji, z których wnioski powinniśmy wyciągnąć sami. W każdym razie, przez kilka banalnych wskazówek udało mi się stworzyć niepłaczącego i przesypiającego noce niemowlaka. Jak będzie z resztą - zobaczymy.

Jednak to, co ujęło mnie najbardziej i chyba miało największy wpływ na nasze podejście do Olka, to proste stwierdzenie: "dziecko rozumie od początku". Od pierwszych dni można dziecku wszystko wytłumaczyć. Na początku wydawało mi się to nierealne i pukałam się w głowę. Jak noworodek ma niby rozumieć, co do niego mówię? A no rozumie. Może nie pogadacie o sensie istnienia, ale za to (u Olka to super skutkuje) zapytać, czy wie, dlaczego płacze? Albo wyjaśnić spokojnie, że mamusia i tatuś muszą rano wstać, więc tę noc trzeba wytrzymać bez awantur i nie wolno krzyczeć. Dzieją się wtedy prawdziwe czary.
Ta teoria nie jest wyciągnięta z tyłka, opiera się na badaniach francuskiej ikony psychologii dziecięcej (zabijcie mnie, ale nie pamiętam nazwiska, a książka, tak gorąco polecana przeze mnie, poszła w obieg, bo wszędzie ostatnio się dzieci rodzą), która kiedyś prowadziła ponoć świetną audycję radiową z poradami dla rodziców (chętnie bym się z nią zapoznała swoją drogą). 

Co mi zostaje? Zachęcam do czytania. Tych którzy dzieci dopiero zamierzają mieć i tych, którzy już je mają. Nie pożałujecie.


wtorek, 1 lipca 2014

Nie ma lekko, czyli o ząbkowaniu słów kilka.

Od dwóch dni Olek płacze. Niby nic niezwykłego, w końcu niemowlaki mają to do siebie, że płaczą. Z tym, że on nigdy tego nie robił. Marudził, czasem na nas coś krzyknął, ale absolutnie nie płakał. Pierwsza myśl - może to te całe kolki, co tak nimi straszą. Szybkie rozeznanie w Internecie i nie, jednak objawy nam się nie zgadzają. Nóżkami nie macha, brzuszka nie ma wzdętego. Poza tym uspakaja się, kiedy coś sobie wepchnie do buzi. Czyżby to...? Nie, nie możliwe. Przecież ma dopiero dwa i pół miesiąca. Sms do mamy: "kiedy zaczęłam ząbkować?". "No jak miałaś jakieś trzy miesiące". No to mamy przerąbane.

Teraz jak o tym myślę, wszystko by się zgadzało. Ślini się jak buldog angielski, wkłada do buzi piąstkę, palec, mój palec, palec taty, swoją maskotkę, pieluszki i wszystko, co jest w stanie unieść, od paru dni źle sypia i trochę gorączkuje. Słuchając rad internetu schłodziłam marchewkę, obrałam i dałam do żucia. Coś tam niby pomogło, tylko, że za mały jest żeby ją trzymać. A ja średnio mam ochotę siedzieć przed nim cały dzień i robić to za niego. Jesteśmy w kropce.

Dziś miał być piękny dzień, miałam w końcu zjeść normalny obiad, bo zostaliśmy na niego zaproszeni. Specjalnie nawet śniadania nie zjadłam! Olek był już w lepszym humorze, poza tym on przecież taki grzeczny. Udało nam się dojechać na miejsce bez afer, całą drogę autobusem przespał wtulony we mnie. Obiadu niestety nie doczekaliśmy. Płacz, krzyk, histeria. No nic, zadowoliłam się hot dogiem kupionym we Freshu.

tak wygląda, kiedy się wkurzy.

Jestem świadoma tego, że najgorsze dopiero przed nami. Szczerze mówiąc, liczyłam po cichu na to, że ząbkować zacznie późno. Nie dość, że ząbki są wtedy jeszcze zdrowsze, to starsze dziecko lepiej to przechodzi (albo można mu pomóc na więcej sposobów, chociażby jakimś gryzakiem, którego taki maluszek nie potrafi nawet utrzymać w łapce). Trudno, na pocieszenie i ukojenie nerwów przyszła dziś moja świeżo zamówiona nowa chusta (trzecia już w mojej karierze chustonoszenia). Ale o tym już jutro.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Postanowienia ciążowe.

Przed urodzeniem Olka przeczytałam wszystko, co tylko się dało na temat obsługi i wychowania noworodka. Byłam wyposażona w cały szereg zasad i postanowień, jak powinno wyglądać macierzyństwo. Oczywiście, byłam pewna, że wszystkich będę przestrzegać. Oczywiście, złamałam większość z nich w ciągu pierwszego miesiąca.


Nie będzie spał z nami w łóżku.

Ha! Tego najbardziej broniłam, zarzekałam się, że nigdy, że tylko w swoim łóżeczku, że absolutnie nie ma mowy. Pukałam się w czoło, kiedy słyszałam, że "wszyscy tak mówią". Po tygodniu już spał z nami. Co prawda nie do końca zrezygnowaliśmy z łóżeczka, bo jednak te kilka godzin w nocy spędza "u siebie", jednak zasypia obok mnie, a po porannym karmieniu (może nie po pierwszym, bo te pierwsze jest jeszcze "przez sen" i mogę go spokojnie odłożyć) zostaje już z nami, zajmując 80% szerokości łóżka. A my sobie śpimy na krawędziach, bo przecież wygoda dziecka najważniejsza.


Żadnych smoczków.

W tym wytrzymałam trochę dłużej, bo jakieś dwa albo trzy tygodnie. Przecież smoczki, to samo zło. Próchnica, krzywy zgryz, jak tak można świadomie dziecku robić!

Potem moja mama dała Olkowi na spróbowanie smoczek. Jak zobaczyłam efekt, to pokochałam tego kto to wymyślił i do tej pory uważam, że powinno się go kanonizować.



Cycek tylko i wyłącznie.

Zaznaczam - dalej jestem gorącą zwolenniczką karmienia piersią. Nie dość, że jest najzdrowsze i najlepsze dla dziecka, to jeszcze buduje naprawdę cudowną więź i nie da się niczym podrobić czy zastąpić tych momentów, ale... No właśnie, ale od jakiegoś czasu czytam o odciąganiu pokarmu i staram się przyzwyczaić Olka do butelki (nie lubi i nie chce). Bo fajnie byłoby pójść do lekarza, fryzjera, czy spokojnie na zakupy. O, albo zasnąć na dłużej niż dwie godziny (ciekawe czy jeszcze potrafię?).


Nie będę porównywać z innymi dziećmi.

Nie da się. No jakbym się nie starała, nie da się. Kiedy leci reklama Pampersów czy innych dzieciowych rzeczy dyskutujemy nad tym, jakie brzydkie te dzieci i jaki Olek jest ładniejszy. Wszyscy rodzice to robią, nawet jak się nie przyznają.




Przyjmę do wiadomości, że moje dziecko nie jest idealne.

Ale jak to nie jest. Przecież jest! Idealny, najpiękniejszy, najlepiej się rozwija. I jest taaaaaaki mądry! Już siada! I mówi (co z tego, że po swojemu, wczoraj, przysięgam, powiedział tacie coś co brzmiało jak "kocham cię")! I czytać pewnie też umie, bo tak wodzi oczkami za tekstem jak mu czytam bajki! I na pewno potrafi liczyć! No i co z tego, że jeszcze nie ma trzech miesięcy? Przecież widzisz, że umie!

Serio, to chyba też wszyscy zakochani w swoich dzieciach rodzice mają.



Będę utrzymywać porządek w jego szafce z ciuchami.

HAHAHAHA. Jezu, ale byłam dowcipna. O ile zanim się urodził wszystko było poskładane w kosteczkę, ułożone rozmiarami i kolorami, tak teraz prawa strona szuflady w komodzie to rzeczy na dwór, lewa po domu.


Będę dbała o zróżnicowaną i zdrową dietę.

Jest zróżnicowana. Jem różne rodzaje płatków z mlekiem. Zwykle jedną miseczkę na raty przez cały dzień. Kocham dni, kiedy tata ma wolne i mogę zrobić sobie kanapkę.


Codziennie będziemy wychodzić na całodniowe spacery.

No ale... dziś taka brzydka pogoda. Poza tym marudny jakiś. O, właśnie tak ładnie zasnął. Może też się położę obok, tylko na chwilę zamknąć oczy... O rany, jak to możliwe, że już dwudziesta? No nic, okno było otwarte, coś tam świeżego powietrza łyknęliśmy.

Nie no, oczywiście wychodzimy na spacery (najchętniej w chuście, nie lubię wózka). Tylko pozwalam sobie na dzień w piżamie przeleżany w łóżku, bo inaczej bym zwariowała.


Będę idealną mamą.

Mam zlew pełen brudnych naczyń, krzesła już dawno zamieniły się w wieszaki na ubrania, Pranie na suszarce wisi suche już trzeci dzień. My z Olkiem nieubrani i nieumyci robimy sobie dzień trola w łóżku oglądając głupie programy w telewizji, czytając bajki i rozmawiając sobie po naszemu ("Gu gu?" "A ge ga ga!" "Ghhhrrrr ge"). Ale kochamy się i jesteśmy szczęśliwi, więc żadne postanowienia nie są nam potrzebne.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...