czwartek, 15 stycznia 2015

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Dużo się mówi o tym, że dziecko zmienia życie. Że świat wywraca się do góry nogami. To bzdura. Świat wcale się nie wywraca, on zostaje całkowicie zrównany z ziemią, obrócony w gruzy, starty na miazgę i zdematerializowany. I potem się buduje powoli całkowicie na nowo. Niby tak samo, jednak wszystko jest jakieś inne. Wy jesteście inni, inaczej patrzycie na pewne sprawy. Zaczynacie rozumieć pewne rzeczy, a niektóre stają się dla was na nowo zagadką. Na te same sytuacje patrzycie zupełnie inaczej. Chcecie przykłady?


Zmiana pieluszki w pociągu:

PRZED DZIECKIEM: O nie, wsiadają do mojego przedziału. Cholera jasna, czemu zawsze jak są z dzieckiem, to się muszą do mnie dosiadać. No nic, słuchawki i książka. Słuchawki i książka. Zen. Nie słyszę wcale tego krzyku. Lalalala nic nie słyszę. Boże, weź uspokój to dziecko, czemu ono tak płacze? Przysięgam, następnym razem jadę autem. Choćby na stopa. O nie. Czy ona to robi? Serio? SERIO? Masz zamiar zmieniać jego kupę tutaj? Jezus Maria zaraz się porzygam. Albo zemdleję. Tlenu! Tlenu! Nienawidzę dzieci.

PO DZIECKU: O rany, jaki zapchany pociąg. Nie dopcham się do przedziału matki i dziecka, zresztą, pewnie się okaże, że zajęty. Dobra, jest wolne miejsce! Uff.. Całkiem sprawnie poszło. Hej kochanie, nie płacz. Proszę, proszę, proszę, przestań płakać. Czuję na sobie wzrok wszystkich współpasażerów. Ciiii.... Ciiii... Ciiii maleńki. Może jeść? Pić? Nie? Tylko nie mów mi, że... O rany, nie muszę nawet zaglądać, już czuję. Cholera, cholera, cholera. Co dalej? W łazience pociągowej go przecież nie przewinę, nie ma szans. Czemu nie zrobiłeś tego kwadrans temu, zmieniłabym ci pieluchę na peronie... Może ten przedział matki z dzieckiem? Nie no, nie ma szans, korytarz zapchany ludźmi do oporu, nie przebiję się z dzieckiem na rękach. To może wytrzyma do następnej stacji? Nie, też odpada. To jakieś pół godziny, a zresztą ludzi pewnie tylko przybędzie i jeszcze trudniej będzie gdziekolwiek przejść. No nic. Trudno. Panie i panowie, radzę zatkać nosy.


Rozwrzeszczane dziecko w sklepie/centrum handlowym/na parkingu/w parku.

PRZED DZIECKIEM: Nawet spokojnie na spacer wyjść człowiek nie może, wszędzie te drące japę bachory. Narobią tych dzieci, a potem wychować nie potrafią. Moje takie nie będzie.

PO DZIECKU: Nie ulegnę. Nie kupię tego zasranego zestawu klocków Lego za 600 zł. Nie mogę ustąpić, bo jak raz zobaczy, że krzykiem wymusił prezent, to już zawsze będzie to robił. Cholera no, kupiłabym mu, ale mnie nie stać. Przecież to 1/3 mojej wypłaty. A jeszcze pewnie wymaga dokupienia kolejnych pięciu zestawów w podobnej cenie żeby mieć całość. Dobra, spokojnie, byleby zachować spokój. Kochana, uspokój się, głęboki oddech. Panuj nad sobą, postaraj się nie zostawić tego wszystkiego i nie uciec do Peru. Chociaż może to nie taki głupi pomysł? Wdech, wydech, wdech, wydech. Już jesteście parę metrów od wyjścia na parking. Spokojnie. Boże, dziecko, uspokój się! Skoro ja mam ochotę teraz zastosować na tobie chwyt a la Homer Simpson, to co musza mieć w głowach inni ludzie. 


Karmienie dziecka na ławce w parku.

PRZED DZIECKIEM: Musi to robić tutaj? Nie mogła go nakarmić w domu czy coś? Albo mleko ze sobą zabrać w butelce? Boże, Albo zakryłaby się jakąś chustką czy pieluchą. Czy co tam one mają ze sobą w torebkach. 

PO DZIECKU: O jej, moje maleństwo jest głodne. Czekaj, znajdę tylko miejsce, żeby usiąść. O, jest ławeczka! Chodź skarbie, już mamusia cię nakarmi.


Wrzucanie zdjęć dzieci na Facebooka. 

PRZED DZIECKIEM: Serio? Znowu? Znowu zdjęcie dziecka? To w ogóle inne czy te same? Wszystkie jak ziemniak wyglądają. Czemu ci ludzie się zachwycają? I skąd oni wiedzą, do kogo to podobne. Ej, halo! To ziemniak! Tylko taki robiący kupę.

PO DZIECKU: Awww... Skarbie, chodź zobacz, jaka im się córeczka śliczna urodziła. Nosek to ma mamy, ale oczy wybitnie tatusia. Ale śliczna pyza. O, o! Patrz, a ich synek pierwszy kroczek zrobił! Masakra, przecież niedawno się ledwo podnosił. Polajkuję. 


Wejście z wózeczkiem do autobusu.

PRZED DZIECKIEM: No nie.. Proszę, tylko nie to. Nie widzi, że ten autobus i tak jest już zawalony po brzegi? Musi się jeszcze z tym wózkiem tu pchać? Nie no, nie odsunę się, nie ma szans. Wydupiać. O nie, prosi, czy mogę się przesunąć, bo tu miejsce dla wózków. To jest w ogóle coś takiego? No nic. Idę się wcisnąć gdzie indziej, bo głupio odmówić, patrzą się wszyscy. Pewnie same matki polki. Nienawidzę dzieci. Nie będę mieć dzieci.

PO DZIECKU: Dobra, obudził się, zaraz się zacznie serenada. Trzeba jak najszybciej dotrzeć do domu. Tylko te autobusy co godzinę do nas jeżdżą... O! Jest! Wypchany po brzegi. No nic, godzinę nie będę czekać z rozpłakanym bobasem, który chce się już położyć w swoim łóżeczku. No i zapas pieluch mi się skończył. Nie ma co ryzykować. O, pewnie, jak zawsze ktoś w miejscu dla wózków stoi, chociaż kawałek dalej dałby radę się wcisnąć. A widzi przecież, że idę. Czemu oni zawsze to robią? Nawet jak jest pusty autobus, to i tak ktoś zawsze tam stanie. I jeszcze ten wielki wyrzut w oczach, jak proszę, żeby ustąpił. Jest oznaczone? Jest. Więc wydupiać. Nienawidzę ludzi. Nie wychodzę więcej z domu.




4 komentarze:

  1. Boże! Jaki to prawdziwy post. Wiele zwłaszcza nastolatków myśli, że rozwrzeszczone dziecko to wina tylko i wyłącznie złego wychowania rodziców - ich lenistwa, zaniedbania... Wszystko zmienia się gdy dorastamy i sami mamy dzieci. Świat wygląda wówczas zupełnie inaczej...

    BRAWO! :)
    www.MartynaG.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwłaszcza, że choćbyśmy wszystkie książki o wychowaniu przeczytali, to i tak pierwsze dziecko jest eksperymentem na zasadzie prób i błędów ;)

      Usuń

Nie reklamuj się w komentarzach. Wszystkie komentarze zawierające adresy blogów lądują w spamie.

Jeśli chcesz dyskutować, bo się z czymś nie zgadzasz - droga wolna, bardzo chętnie, ale nie anonimowo. Takie komentarze też znikają.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...