Nie ma co owijać w bawełnę - zdecydowana większość mamusiek niesamowicie działa mi na nerwy. W miarę możliwości omijam place zabaw, piaskownice, powypisywałam się ze wszystkich mamowych grup facebookowych (albo przynajmniej ograniczyłam swoją aktywność, do wrzucania tam ofert kupna/sprzedaży). Nie czytam, nie dyskutuje. Nawet na blogi innych mam w miarę możliwości nie zaglądam. Komentarze pod artykułami już dawno sobie darowałam.
No, ale całkiem uniknąć się nie da. Olek dorasta, potrzebuje kontaktu i zabaw z dziećmi. Zrobiło się ciepło, to i place zabaw pełne. My się przeprowadziliśmy do centrum, mieszkamy obok największego szczecińskiego parku, który aż się roi od mam z dziećmi. Różnego rodzaju.
Dla rozjaśnienia sytuacji i rozwiania wszelkich wątpliwości: nie jestem aspołeczna. Ja naprawdę lubię ludzi. I tych obcych, i tych znajomych. Trzeba poważnie się natrudzić, żeby mnie zdenerwować. A jednak większości matek udaje się to bez problemu.
Piaskownicowe królewny.
Ja wiem, że teraz ten cały tumiwisizm zrobił się niesamowicie modny. Matki przekrzykują się jedna z drugą, jakie to one są nowoczesne, jak alternatywne, bo wzorem paryżanek siadają na placu zabaw na ławeczce z książką, a ich dziecię socjalizuje się i uczy samodzielności wesoło brykając z innymi rozkosznymi pociechami, innych mam, które za wszelką cenę chcą pokazać, że nie muszą siadać w piaskownicy czy choćby zerkać na swoje urocze maleństwa. Relaks, książka i słoneczko grzejące w buzię.
Nie.
Moje drogie Księżniczki. Macie wstać i pilnować waszych dzieci, bo taki wasz obowiązek. Na siedzenie na ławeczce mogą sobie pozwolić mamy, których dzieci znają jakieś zasady funkcjonowania w społeczeństwie. Wiem, że teraz wszystkie, co do jednej, będą się zarzekać, że ich dziecko jest grzeczne, że się ładnie bawi. Skąd możecie to wiedzieć, skoro siedzicie na ławce? A przykra prawda jest taka, że w swojej piaskownicowej karierze tylko raz trafiłam na dzieci, które potrafią się bawić bez opieki dorosłych. Możecie chwytać się brzytwy i zwalać to na życiowego pecha - akurat jakimś sposobem trafiałam na te wyjątkowe, niewychowane dzieci i mamuśki mające gdzieś ich zachowanie. Niestety, to nie pech, a standard.
Sama nie mam jeszcze specjalnie możliwości wyboru. Olek ledwo skończył roczek i chociaż już wesoło biega i wspina się, nie ma szans na zostawienie go bez opieki. Wkładam go do piaskownicy razem z jego ulubionym ogromnym autkiem, siadam na krawędzi i obserwuję, jak sobie radzi. I nagle zostaje otoczony przez kilku starszych chłopców, z których jeden próbuje mu zabrać autko, drugi sypie mu piaskiem w twarz, a trzeci próbuje go popchnąć i przewrócić. Mamuśki siedzą standardowo na ławce, ze smartfonem, książką czy tabletem, prawdopodobnie pisząc właśnie na forach jakie to one fajne, bo posadziły dupska na ławeczce, a ja zastanawiam się, czy mam zabierać dziecko pod pachę i szukać, która matka czyja, żeby zwrócić uwagę, czy samej zainterweniować. Ale wtedy jeszcze mi się oberwie, że miałam czelność się do nie swojego potomka odezwać, bo delikwent pobiegnie do mamy z płaczem na skargę, że ta zła wytatuowana pani mu zabrania bawić się autkiem. No do jasnej ciasnej.
Nie chodzi o wychowanie łamagi, który bez pomocy mamy sobie nie poradzi, a o to, ze roczny berbeć nie ma szans w starciu z bandą czterolatków.
Nie chodzi o to, żeby biegać z dzieckiem po drabinkach nie dając mu się pobawić z innymi, a patrzeć, co robi i reagować. Bo nie wyszłaś na piknik, a na spacer z dzieckiem.
Nie chodzi też o to, żeby dzieci ustawić jak w zegarku, ale wpoić jakieś podstawowe zasady, które ja już tłumaczę Olkowi, chociaż średnio mnie rozumie. Jeśli chcesz się pobawić czyimiś zabawkami, zapytaj, czy możesz. Jeśli chcesz pojeździć autkiem chłopca, zaproponuj mu na ten czas swoje w zamian. Jeśli widzisz dziecko mniejsze od siebie, bądź delikatny i ostrożny. Narzekamy na chamów, a same ich wychowujemy.
I tak, jeśli w tej chwili myślisz sobie "ja siedzę na ławeczce, ale moje dziecko super w tym czasie się z innymi bawi i chociaż patrzę w smartfona, to go pilnuję", to ten punkt jest o Tobie.
Buziaczki, cmoki i całuski.
Ustalmy to raz na zawsze - pomijając wszystkie higieniczne aspekty, nikt nie ma ochoty całować Twojego słodkiego bobaska w jego zaślinione usteczka. A jeśli ma ochotę, to zdecydowanie powinnaś to gdzieś zgłosić.
Ludzie, co z wami nie tak? Zawsze brzydziło mnie całowanie dzieci w usta (i wydawało się w jakiś sposób niewłaściwe). Ciarki mnie przechodzą za każdym razem jak słyszę "daj cioci buziaczka" i widzę, jak zamiast policzka dziecko robi dziubek i celuje prosto w moje usta. Po urodzeniu Olka nic się nie zmieniło. I przypuszczam, że spora część społeczeństwa podziela moje zdanie. Nie zmuszajcie nas do całowania waszych dzieci.
Policzek i czoło są jeszcze opcją dopuszczalną. Usta nie.
Eko sreko.
Kiedyś już o tym pisałam. Ostatnio wszystkich dopadł szał zdrowego odżywiania, własnych wyrobów, Chcecie, to pieczcie same chleb i uprawiajcie własne warzywa. Nie neguję tego, a podziwiam i chwalę. Ale dopuście do wiadomości, że nie każdy ma na to czas i ochotę. Tymczasem eko czuby rzucają się, żeby zatłuc marchewkami każdego, kto nie robi sam masła i daje dziecku sklepowy soczek. A słodycze? Jezus Maria, precz z tym złem wcielonym, pomiotem szatańskim!
Zluzujcie poślady.
Beka z mamusiek na forach.
Byłam zachwycona, jak odkryłam, że na Facebooku są grupy sprzedażowe dla rodziców. Można znaleźć prawdziwe cuda po okazyjnej cenie, sprzedać nieużywane już ubranka czy sprzęty. No super sprawa.
Dopóki nie okazało się, że grupa o nazwie "E bazarek dziecięcy" składa się w większości z z postów typu "kiedy można podać marchewkę z groszkiem?" lub "dziecko ma 40 stopni gorączki, czy mam jechać już do szpitala czy natrzeć gęsim smalcem?". Kłótnie, wyzwiska i obrażanie siebie nawzajem, nie przestrzegając przy tym nawet podstawowych zasad pisowni. Czasami przeglądając te komentarze miałam wrażenie, że one między sobą rozmawiają jakimś specjalnym, nie zrozumiałym dla innych językiem.




















